sobota, 7 lipca 2012

"Z modą przez wieki" muzeum - inne niż wszystkie, Muzeum Narodowe w Krakowie

Kilka osobistych refleksji o sesji egzaminacyjnej i sposobie na odzyskanie wewnętrznej równowagi
Każdy ma własny patent na relaks, sposób na wyzbycie się czarnych myśli i stresu, oczyszczenie duszy, naładowanie baterii, odzyskanie sił witalnych (jakkolwiek nazwiemy ten stan). Nie ukrywam, że sesja egzaminacyjna nie sprzyja relaksowi, a po jej zakończeniu potrzebuję dwóch dni by dojść do siebie, pierwszego przeważnie odsypiam, a po przebudzeniu odgruzowuję dom, (który gdyby sesja trwała dłużej myślę, że mógłby zamienić się w wysypisko). Następny dzień należy do mnie - robię tylko to na co mam ochotę! Moja sesja oficjalnie dla mnie zakończyła się we wtorek, zaliczyłam  ostatni egzamin i mogłam odetchnąć z ulgą. Wczoraj więc mogłam spokojnie oddać się temu co kocham.
Choć być może dla wielu z Was dziwnie to zabrzmi, ja odzyskuję siły  w Muzeum. Nic tak nie koi moich nerwów, nie pieści zmysłów jak samotny, niespieszny spacer po muzealnych salach. Mam czas do refleksji ale i również do bezmyślnej afirmacji piękna, która przepełnia mnie od stóp do głów, odżegnując tym samym wszelkie złe emocje. Gdy jestem wśród dzieł sztuki mam wrażenie, że powietrze ma zupełnie inny zapach, a otaczający mnie ludzie, posiadają ten błysk zrozumienia w oku. Kocham to uczucie, gdy przejęta do głębi tym co widzę, siadam na ziemi i zapisuję na wszystkim co wpadnie mi w ręcę refleksje, które zalewają mnie niczym fale podczas przypływu, pospiesznie tak by nie umknęły mi, bym mogła  zachować je na zawsze...


Muzeum Narodowe w Krakowie
Wczoraj odwiedziłam MN w Krk, przyznam że wstydem po raz pierwszy, zwlekałam z tą wizytą celowo, chciałam mieć pewność, że gdy wreszcie stanę tam oko w oko z moimi mentorami z okresu fin de sicle (młodej polski), będę miała czas przeżyć to co widzę dogłębniej i w pełni. Chciałam przede wszystkim móc poświęcić tyle czasu ile tylko będzie konieczne na obserwację tkanin i przeszyć na kreacjach, które znam doskonale z katalogów wystaw tego Muzeum. MN w Krk to coś więcej niż galeria sztuki z nudnymi eksponatami tylko dla specjalistów, historyków czy historyków sztuki. To miejsce, w którym zgromadzone są rękodzieła z wszystkich epok historii i sztuki polskiej, które pozwalają nam podglądnąć jak wyglądały w kolejnych epokach  wnętrza, meble, instrumenty muzyczne, domowe sprzęty, ale i przede wszystkim ubiory oraz biżuteria. To zbliża zwykłego obserwatora, do przeszłości, oswaja ją i sprawia, że staje się dla nas niemal namacalna.


O historii ubioru - po co? na co? i dlaczego?
Historia ubioru, to temat, który często pojawia się na tym blogu i będzie powracać (mam nadzieje w najbliższym czasie, jeszcze częściej). Dlaczego Was katuję tą historią - mydląc oczy, że to istotne bo powiązane z modą? Pewnie myślicie sobie - rąbnięta historyczka, nie potrafi się odciąć od swoich studiów nawet tu. Ale to nie przypadek, że ciągle wracam do przeszłości w ubiorach kobiecych. Pragnę uzmysłowić Wam wszystkim jakie ważne, drogie panie i panowie (choć u pań to bardziej widoczne) poznać historię ubiorów by zrozumieć ich prawdziwą wartość i dostrzec, że nigdy nie będziemy wolni od zdobyczy przeszłości. Inspiracje  z minionych wieków powracają nieustannie i choćbyśmy w przyszłości osiągnęli technologicznie wszystko nigdy nie będziemy wolni od piętna przeszłości. A długość spódnicy oraz spodni - pozostanie na zawsze symbolem wolności i wyemancypowania kobiety.


Przebiegniemy teraz przez modę kobiecą, od XVI do końca XIX wieku w wielkim uproszczeniu chronologicznym oraz merytorycznym, zaznaczając ważniejsze trendy w poszczególnych okresach na przedstawionych poniżej eksponatach. Postaram się zwrócić waszą uwagę na elementy stroju -które stosujemy dziś, a ewidentnie wywodzą się z prezentowanych tu minionych epok.

XVIII wieczny strój kobiecy.  
Prezentowana na zdjęciu narzutka to popularna w II połowie XVIII wieku  jupka o trapezowej luźnej formie, wykańczana kołnierzem futra.  Jupka narzucona została na suknię, której najbardziej widoczny dolny brzeg został bogato przyozdobiony haftem ( w tym przypadku koronką klockową).

Dziś?
Zwróćcie uwagę na trapezwą formę jupki, nie przypomina wam czegoś? Jej linia przypominająca kształtem literę A stanie się niezwykle popularnym krojem w końcu lat 50 i przez całą dekadę lat 60  często wracając, do mody, szczególnie w letnich fasonach sukienek i jesiennych krojach płaszczy.


Powyżej para cudownych pantofelków wykonanych z tafty, pochodzą z I połowy XVIII wieku

Moda Empire ok 1800 roku
Moda tego okresu przypada na czasy schyłku XVIII  wieku i początku XIX. Na czas ten przypada głęboka fascynacja epoką starożytną szczególnie, kulturą Starożytnego Rzymu. Na rozwój tej fascynacji  wpłynęło kilka czynników, przede wszystkim odkrycie starożytnych ruin, w Pompejach a kilkanaście lat później  w Herculanach, oraz wojny napoleońskie toczone na dalekich połaciach Europy i Azji, gdzie na nowo odkryto kulturę perską, egipską, rosyjską, grecką oraz rzymską. Napoleon koronując się cesarzem  pragnął nawiązać do idei Cesarstwa Rzymskiego. Wszystkie te czynniki znalazły odbicie w modzie tego okresu. Suknie kobiece stały się proste, pozbawione metalowych usztywnień, z cienkiego płótna w białym bądź pastelowym kolorze - nawiązywały do rzymskich tunik. Stopy co odważniejsze panie okrywały jedynie cienkimi rzemykami, co można by uznać, za zbyt dosłowną interpretację starożytnej mody. Efekty były katastrofalne, wiele kobiet umarło z przeziębienia na choroby płuc.

Dziś?
Chyba każda pani w swojej szafie posiada letnia tunikę odcinana pod biustem? To inspiracja zwiewną, lekka modą okresu empiru. Równie często bluzki, koszule, tuniki i sukienki ciążowe mają charakter empirowych kreacji z podwyższoną talią.

Poniższa suknia jest przykładem stroju ślubnego, świadczy o tym ornament misternie wyszywany na delikatnej tkaninie w listki dębu.
Suknia ślubna, wykonana z batystu z ok. 1805 roku

Rekwizyty, nieodłączny element garderoby kobiecej: wachlarze, notesiki, sakwa na pieniądze. 




Biedermeier - okres romantyzmu
Moda empiru odeszła wraz z upadkiem cesarstwa Napoleona, a po kongresie wiedeńskim w 1815 roku, w odmienionej rzeczywistości politycznej - powstała nowa moda tzw. Biedermeier'u. 
To moda pruderyjna osłaniając bardzo szczelnie, wielością warstw kobiece ciało. Charakterystyczny dla tego okresu jest łódkowaty dekolt oraz olbrzymie bufiaste rękawy, przypominające napompowane balony zwane również baranimi udźcami. 
Porzucono fascynację starożytnością, której miejsce zajął gotyk średniowiecza oraz barwny renesans, do którego nawiązywano i którym inspirowano się powszechnie.
Zmieniły się również ideały piękna, zdrową krzepką dziewczynę doby Napoleońskiej zastąpiła delikatna, krucha , wątła,  blada istota, przypominająca porcelonową lalkę o alabastrowej cerze. Blady kolor skóry uzyskiwano za sprawą grubej warstwy pudru oraz pitego w niemałych ilościach octu.

Dziś?
W współczesnych nam czasach, często powracają rozliczne wariacje na temat bufiastych rękawów. Najpopularniejszym przykładem mogą być ogromne poszerzane ramiona (tzw. power shoulder ) typowe dla mody lat 80, której nawrót można było zaobserwować kilka lat temu.

 Dzisiejszy hit -nakładany kołnierzyk, pochodzi z XIX wieku, szczególnie popularny w okresie

Suknia ocieplana wykonana z mory, ok. 1840 roku
Już w latach 40 XIX wieku możemy zaobserwować nawiązania do mody z czasów królowej Marii Antoniny w postaci dekoracyjnych motywów ornamentu, ułożonych w odwrócona literę V. charakterystycznym elementem tego okresu jest suto marszczony stanik, który idealnie maskował biust.



Wpływy Cesarzowej Eugenii - żony Napoleona II - czasy krynoliny
Cesarzowa Eugenia była niezwykle interesującą postacją na kartach kobiecej historii. W dziedzinie kostiumologi zasłynęła jednak  przede wszystkim  jako pomysłodawczyni mody na krynoliny, czyli niezwykle szerokie u dołu suknie, oparte na usztywnianej konstrukcji. Silnie taliowane w pasie i niewiarygodnie wręcz poszerzane ku dołowi, sięgając zawrotniej nieraz szerokości 3 metrów w średnicy! Cesarzowa była kobietą otyłą, szeroką w biodrach, pragnęła ukryć mankamenty swej figury, poprosiła więc - swego krawca (pierwszego w historii, uznawanego za wielkiego projektanta paryskiego, twórcę haute couture) Charlesa Wotha, o uszycie sukni szerokiej inspirowanej kreacjami Marii Antoniny z połowy XVIII wieku. Cesarzowa fascynowała się życiem i kulturą dworu Marii Antoniny, stąd pomysł by zaczerpnąć inspiracje. Krynolina nie jest jej pomysłem, pojawiła się już wcześniej w nieco prostszej i mniej rozbudowanej formie, jednak nigdy wcześniej  nie zyskała takiej popularności i wręcz powszechności, nawet ubogie kobiety, pracujące w fabrykach pragnąc być modne, zamawiały suknie ze stelarzem, utrudniając sobie maksymalnie codzienne czynności, a swój strój czyniąc nie tylko nieporęcznym i niepraktycznym, ale wręcz niebezpiecznym dla życia. Często dochodziło do samopodpaleń,  suknie były bowiem bardzo szerokie i  haczyły o napotykane przedmioty, wykonane z łatwopalnych materiałów stawały się częstym powodem tragedii. 

Dziś?
Nie da się ukryć, że panująca w połowie XIX wieku modna na krynoliny, wywarła silny wpływ na modę połowy XX wieku, kiedy to zaprojektowana w 1947 roku przez Christiana Diora kolekcja "New Look" proponowała małe krynoliny, sięgające za kolano, poszerzane nastroszonymi halkami oraz usztywniane za pomocą lekkich konstrukcji. W XXI wieku już kilka krotne powracała moda na lata 50 i  proponowaną w nich szeroką spódnice mocno taliowaną w pasie. 
Nawiązaniem do mody krynolin, są suknie tworzone na specjalne okazje, komunijne oraz przede wszystkim ślubne. Na szczęście tworzone w rozsądnych rozmiarach i wykonywane z lekkich plastikowych obręczy nie obciążając współczesnej nieprzystosowanej do męczarni w imię mody kobiety.




Dwuczęściowa suknia z muślinu, powstała po 1850

Jest to przykład sukni dziennej, która swym krojem nawiązywała do kroju męskiego fraka, z wydłużonym tyłem i dekoltem w szpic, a suto-marszczona spódnica jest wydłużona w tren. Przyozdobiona delikatnym białym haftem w motywy kwiatowe i sercowych liści.

 Męska odzież z XVIII i XIX wieku, żupan i kontusz przewiązany pięknie tkanym pasek kontuszowym o unikatowej ornamentyce. Moda ta była charakterystyczna dla ziem polskich i w przeciwieństwie do ubiorów kobiecych w mniejszym stopniu i z większymi oporami ulegała tendencjom proponowanym na zachodzie. 

Poniższy strój pochodzi z II poł. XIX wieku i nie był strojem codziennym, stosowany na specjalne uroczystości, był rodzajem manifestacji patriotyzmu i wyrazem tęsknoty za złotą szlachecką , sarmacką Rzeczpospolitą. 


Moda Secesyjna (1897-1908) przełom XIX i XX wieku
To wyjątkowy czas u schyłku XIX wieku, kiedy artyści tworzą ze wzmożoną siłą, pod  piętnem końca świata   żyjąc i tworząc w szaleńczym tempie. Ta siła, ekspresja, pasja i emocje, znajdują ogromne odbicie w modzie kobiecej. Artyści powracali do natury, czerpiąc z niej inspiracje i kopiując faliste motywy.  Sylwetkę kobiecą upodobniono do esowatej linii wyginając ją za sprawą gorsetu w nienaturalny sposób. Odginając tors w przód a miednicę w tył. Całość miała przypominać zwiewnego motyla, łabędzia bądź pawia, z ciągnącym się po ulicy długim trenem. Suknie zdobione były w motywy kwiatowe i wijące secesyjne ornamenty. całość wykańczana była koronką, ukrywając szyję pod wysokim  "golfem" - nazywanym szmizetką. Na głowie, nosiły kobiety przeładowane sztucznymi kwiatami, owocami oraz wypchanymi ptakami i zwierzętami kapelusze.Dłonie zawsze okryte były przez rękawiczki. Suknia sięgała do ziemi, szczytem nieprzyzwoitości było wówczas ukazanie nogi powyżej kostki. Co ciekawe - i bez precedensu w historii mody kobiecej, niedoceniano młodości. Modna była dojrzałość - dlatego też skrupulatnie ukrywano wszystkie części ciała, które mogłyby zdradzać wiek młodej damy (szyja, dłonie, twarz). Młodzieńczą cerę zakrywano woalką gęsto spływająca na twarz.Szczególnie ciekawa była moda na obwisły biust (!) którą kreowano za sprawą spienionych żabotów zwisających na wygiętym do przodu torsie, imitując pełny i obwisły biust kobiety w średnim wieku. 


Poniższa suknia jest eksponatem - 




Telegraficzny skrót mody kobiecej - jest bardzo wybiórczy i tylko symbolicznie przybliża tendencje w omawianych okresach, pomijając wiele ciekawych nurtów pomiędzy wymienionymi trendami. Przedstawione kreacje nie są wszystkimi z przedstawionych na krakowskiej wystawie. Dlatego też zachęcam was wszystkich do odwiedzenia wystawy i przyjrzenia się z bliska bajecznym eksponatom szepczącym do nas po cichu  zza szyby swe romantyczne historie owiane mgłą zapomnienia. 

żeby nie było, że mnie nie ma:)

dziękuję za uwagę,
pozdrawiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca
:)

poniedziałek, 28 maja 2012

Warszawski Mix

 Poniżej miks miejsc, dzieł, przedmiotow i po prostu zdjęć - które mnie szczególnie zainspirowały.



Szczególne wrażenie zrobiły na mnie plakaty, umieszczone swobodnie w przestrzeni miejskiej. Zaszokowała mnie ich spora ilość i jakość, świetny design, kreatywności i wykonanie. Niezmiernie mnie cieszy ten renesans plakatu zaobserwowany na warszawskiej ulicy, bo nie tak dawno dyskutowaliśmy na zajęciach o ich smutnym przemijaniu. Mam nadzieje, ze to nie łabędzi śpiew! Czekam na takie papierowe -uliczne dzieła sztuki w Katowicach.

Niesamowite wrażenie robią również murale, szczególnie te namalowane z okazji jubileuszu Skłodowskiej czy Chopina. A Wy ? jak odbieracie miejską sztukę? Czy czujecie jak miasto za ich sprawa do Was przemawia?

piątek, 25 maja 2012

Wilanowskie impresje

 Ach ta stolica! Ponieważ w Warszawie nie bywam często (przez ostatnie 4 lata średnio raz maksymalnie dwa razy do roku) robi na mnie za każdym razem spore wrażenie. Z natury - kocham duże tętniące życiem i stylem miasta. Być może za mało mam okazji by wysunąć absolutnie poprawne wnioski, na temat Warszawy, jednak z perspektywy obserwatora z doskoku - jawi mi się ona jako miasto postępujące. Z każdą kolejną wizytą widzę progres. Widzę  te kroki milowe, które wykonuje z roku na rok - by zbliżyć się do zachodnich miast i zyskać pełnoprawne miano europejskiej stolicy. Cieszy mnie to niezmiernie i napawa dumą. 



W ciągu dwóch dni, odwiedziłam wiele miejsc, znanych i nieznanych. Wszystkie jednak były mi w pewien sposób bliskie, za sprawą literatury, dzięki której obcowałam z nimi wielokrotnie.



Jednym z nich był Wilanów, nie miałam szczęścia widzieć go wcześniej na własne oczy. Znałam go doskonale z reprodukcji i historii, a w szczególności z  biografii Marysieńki ( Marii Kazimiery D'Arquine) żony Jana III Sobieskiego oraz licznych biografii Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej (jednej z licznych właścicielek pałacu)o której mam sposobności pisać magisterkę. Dlatego też to miejsce, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Pomimo wybujałej wyobraźni, w której miejsce to wyimaginowałam sobie jako raj na ziemi i niewyobrażalną pieszczotę dla oka, nie byłam rozczarowana.



To nie znaczy, że Wilanów jest niewyobrażalnie piękny, bo nie jest. Jednak udało mi się poczuć aurę tego miejsca, gdy przechodziłam przez kolejne komnaty z rozmarzeniem myślałam o Izabeli. Przymykałam leciutko oczy i wyobrażałam sobie jak po tej podłodze, po której teraz stukam obcasami -  szeleściła swą suknią osadzoną na ciężkiej rogówce (stelażu metalowym - prototypie krynoliny)   i tupała swymi małymi stópkami w przyciasnych bucikach. Cudownie było móc zobaczyć sypialnie i łazienkę drogiej mi Magnatki. Kobiety - która żyła w tym miejscu przeszło 200 lat temu, a stała mi się bliska za sprawa listów, biografii i relacji pamiętnikarzy.


 To cudowne odwiedzać miejsca – które wcześniej poznało się za sprawą historii, sztuki bądź literatury, zachęcam Was do podroży z pewnym przygotowaniem. Nakład pracy jest co prawda spory, ale efekty? Nieporównywalne do zwykłych wrażeń z „włajażu”. 


czwartek, 17 maja 2012

Monday morning

Odkąd pamiętam lubię poniedziałki. Dziś również obudziłam się w świetnym humorze i uznałam, że czas wsiąść się w garść, po leniwym weekendzie i wielu refleksjach na temat organizacji własnej pracy postanowiłam lepiej się organizować i nie tracić więcej czas. Harmonogram na ten tydzień i kolejne, aż do końca maja, właśnie został sporządzony. A ja poprzysięgłam sobie, wykonywać wszystkie kalendarzowe myślniki zgodnie z terminem... Zapowiada się przede mną dużo pracy - co nie ukrywam cieszy mnie niezmiernie. Właśnie kończę mój pierwszy rozdział pracy licencjackiej, dwa artykuły, które przy dobrych wiatrach trafią do papierowej (HURA!!) publikacji oraz planuje trzy najbliższe sesję fotograficzne. W między czasie będę walczyć z moją magisterką, czas wyruszyć do Krakowa - odszyfrowywać źródła. Postanowiłam nie odkładać już więcej nic na jutro. Mam przed sobą listę moich marzeń i wiem, że ich realizacji zależy tylko ode mnie. Więc czas działać! I Wam również radze, zrobić sobie taki rachunek sumienia i do roboty moi Mili!






ECHO: DRESS, ATMOSPHERE: HIGH HEELS


Stosuje się od dziś do zasady "Jesli dasz dziś z siebie wszystko to będzie Twój najlepszy dzień"
życzę Wam udanego początku tygodnia.

sobota, 28 kwietnia 2012

Od patosu po banał i z powrotem.. czyli wernisaz karola wieczorka



Wczoraj miało miejsce wielkie otwarcie BWA po wielomiesięcznym remoncie, galeria Sztuki Współczesnej w Katowicach ruszyła pełną parą. W piątek w związku z tym, odbył się wernisaż, wybitnego śląskiego artysty Karola Wieczorka. 

Co mogę powiedzieć o samej wystawie? Jak pisałam ostatnio, po pobieżnym przejrzeniu prac artysty uznałam twórczość Wieczorka za naprawę interesującą.W BWA mogłam zapoznać się z większością jego prac, co poniekąd wpłynęło na moją początkowa entuzjastyczną opinię. Gdy znalazłam się na pierwszym piętrze, galerii przede mną  ukazała się wielka sala, pełna róznorodnych dzieł. Gdybym nie wiedziała, że jest to w całości wystawa prac wspomnianego artysty, byłabym pewna, że to zbiór wielu, bardzo równych artystów, wywodzących się z zupełnie różnych kierunków, tak wielką bowiem  rozbieżność można było zobaczyć....

środa, 25 kwietnia 2012

Szyb Wilson - spotkanie ze sztuką pierwszego stopnia, czyli Marek Kamieński z bliska



Poniedziałek rano to nigdy nie jest dobry czas na ambitne pomysły, tym razem było inaczej. Gdy mój budzik zadzwonił o 6.31 wymyśliłam przynajmniej 11 powodów by jeszcze zostać w łóżku i nie jechać na żadne spotkanie z artystą. Jednak ponieważ postanowiłam, że nigdy już nie oddam niczego walkowerem i jeśli czegoś nie uda mi się zrobić to nie dlatego, że się tam nie pojawiłam... Ten argument może mało przekonywujący, jednak sensowny, przeważył szale. Wstałam więc i dotarłam do Janowa, gdzie nasz wykładowca, zorganizował dla nas zajęcia. 

piątek, 13 kwietnia 2012

Walka z referatem - czyli jak walczyłam z wojującymi XIX wiecznymi higienistami

( post przeniesiony z bloga:  buszując w codzienności)



Oj.. cóż to był za tydzień! Dziś dopiero mogłam odetchnąć z ulgą. Mieszkanie wygląda jak pobojowisko! Wszystko zawalone notatkami, pootwieranymi książkami, fiszkami, kserami, ilustracjami itd. Dobrze, że mój mąż dbał o naczynia, bo bym się nie dosprzątała!. Przez ostatnie dni byłam zupełnie zaabsorbowana dopieszczaniem mojego referatu, na dzisiejszy - XX Zjazd Historyków Polskich, największą imprezę Historyków w tym roku. To w moim światku spore wydarzenie. W tym roku po raz pierwszy zaszczyt zorganizowania zjazdu przypadł Uniwersytetowi Śląskiemu, z czego wszyscy byliśmy niezmiernie dumni. Wiąże się to jednak z sporym nakładem pracy. Nasz sztab ok. 70 ludzi, sprząta, parzy kawy, roznosi prezenty, fotografuje, rozkłada i składa namioty, koryguje i pilnuje wszystkiego. 
Ja sama dziś byłam referentką i fotografem we własnej sekcji. Po raz pierwszy na zjeździe utworzono sekcję Gender Studies- Kobieta w Historii. Całość przebiegła bardzo sprawnie. To naprawdę niesamowita radość móc przez kilka godzin za sprawą referatów zgłębiać nowe rewiry historii kobiecej. A jeszcze większą radością jest móc dyskutować z ludźmi, którzy rozumieją twój zachwyt i fascynacje dla badań nad kobiecą historią. Niesamowicie cieszę się, że takie badania powstają i jest ich coraz więcej. 


środa, 21 marca 2012

Pszczyna - Pałac Days Hochberg von Pless

W poniedziałek, zamiast siedzieć na zajęciach usługiwałam w pałacu Pszczyńskim:)
Co prawa nie w stylowym uniformie służącej, jakie spotyka się na zdjęciach z początku XX wieku, lecz na galowo, pomagając przy organizacji konferencji. Musze przyznać, ze cała ta impreza, sprawiła mi niezwykła frajdę! Czułam się jak na koloni, gdy wspólnie z ludźmi z mojego kierunku, przenosiliśmy skrzynki z termosami, parzyliśmy kawy na 18 termosów i rozkładali wszystko szykownie i elegancko na przerwę kawową, która była elementem harmonogramu konferencji. A następnie sprzątaliśmy wszystko, pod czujnym okiem pań, nadzorujących by nic z podziemi pałacu nie zginęło i "żeby piaskowiec, nie został zachlapany wodą!". Frajda była tym większa, że mogliśmy przebywać w pomieszczeniach na co dzień niedostępnych zwiedzającym. Całe zaplecze kateringowe - odbywało się na korytarzu, w którym ustawione były trzy trumny Promnitzów! :)  Naczynia natomiast myliśmy w jakieś starej łazience, której kafelki oceniam na lata 30-40, prawdopodobnie przeznaczonej dla służby.




Wszystko to w połączeniu z niezwykłymi doznaniami estetycznymi jakie zapewnia pałac, sprawia, ze dzień ten będę długo wspominać z rozrzewnieniem. Z samym pałacem miałam już styczność, bowiem 1,5 roku temu, w  wrześniowy niedzielny poranek wybraliśmy się tam z mężem. Oniemiałam wówczas z zachwytu. I mimo, ze teraz byłam przygotowana na te wrażenia estetyczne i tak pałac zrobił na mnie wrażenie. Niezwykłe było to, ze z wielką swobodą mogliśmy poruszać się po korytarzach i pomieszczeniach gospodarczych, dawało to możliwość nowego spojrzenia na zamek.

poniedziałek, 12 marca 2012

krakowska irytacja i turystyczna refleksja


W zeszłym tygodniu miałam okazje odwiedzić Kraków. Plan był ambitny -spędzić cały dzień w Bibliotece Czartoryskich i wróci o przyzwoitej porze do domu. Jednak co się okazało? Szacowna Biblioteka ma swój własny świat i własną czasoprzestrzeń i funkcjonuje w godzinach 9-13.45 oraz 17-19.45 (!) co zrobić z tą 3 godzinną dziurą w deszczowy dzień? Kto to w ogóle wymyślił? Nie kryje swej frustracji! pokrzyżowało to moje plany i nie udało mi się zrealizować postawionych sobie ambitnych zamierzeń, przeanalizowania dwóch kompletów listów - Izabeli z Flamingów Czartoryskiej. Po za tym, dokumenty zamawia się w tym samym dniu, w którym się z nich korzysta, czas oczekiwania około 1,5 godziny! Po zamówieniu dokumentów o 9.10 czekałam na  rękopis i 3 mikrofilmy do 10.20 - choć pani zaznaczyła, że zależy jej na czasie i jak dla mnie, skoro jestem przyjezdna postara się przyspieszyć procedurę. Cudownie!- pomyślałam, jednak gdy przyszła pani, odpowiedzialna za dostarczanie dokumentów, zaczęło się... Opowiedziała głośnym szeptem historię imienin u swej koleżanki, podała trzy przepisy na sałatkę i jeden na kurczaczki panierowane w sosie brzoskwiniowo-ananasowym i łaskawie po przeanalizowaniu pozostałych elementów z imieninowego menu , zabrała moje rewersy by udać się po dokumenty. Nie ukrywam swego rozgoryczenia i wściekłości. Nie miałam pojęcia, że biblioteka funkcjonuje w takich godzinach - nie trudno więc wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy jestem w trakcje pracy, usilnie staram się odczytać list do Izabeli, gdy tu nagle zza pleców jak nie ryknie (z pozoru miła pani) "No ALE proszę KOŃCZYĆ!" ...brak słów.




Zabrałam więc swoje manatki, niemiłosiernie ciężką torbę, z notatkami, laptopem, termosem i prowiantem na cały dzień i postanowiłam udać się do kościoła Mariackiego. Do pociągu powrotnego miałam jeszcze masę czasu. W kościele ogarną mnie błogi spokój. A widok Ołtarza Mariackiego dłuta Wita Stwosza, swą doskonałością napawał mnie estetycznym doznaniem szczęścia. Wpatrywałam się w jego idealne kształty bez mała pół godziny, a może nawet więcej, zatraciłam się w czasie siedząc w ławce i wsłuchując w kościelną ciszę. To zadziwiające, że dopiero teraz dostrzegłam piękno tego miejsca, nie skłamie gdy powiem, ze byłam w nim z 30 razy, chyba nawet więcej. A Kościół Mariacki, byłam, kto tam nie był- myślałam, zawsze słysząc emfazy na jego temat. Jednak dopiero teraz rozumiem. Czasem bardziej człowiek przeżywa jakiś miejsce, dogłębniej je rozumie, wręcz przenika go ono na wskroś, gdy jest daleko od niego. Dzieje się to wszystko za sprawą wiedzy, nowej wiedzy, która nie spływa po nas a trafia na najważniejsza płytkę w mózgu, ocierając się po drodze o serce i rozlewając ciepłem zrozumienia i tęsknoty.


Doświadczyłam tego wielokrotnie, uwielbiam to uczucie. Kiedy za sprawą literatury, staje się częścią miasta, razem z jego bohaterami. Obecnie mieszkam w Petersburgu, razem z Moją Anną (Kareniną). Zasypiam myśląc o tym mieście i budzę się w nim. Jestem jedną wielką tęsknotą za ciasnymi uliczkami, za Carskim Siołem i Peterhoffem za Soborem Zmartwychwstania Pańskiego, za Prospektem Newskim i Soborem Kazańskim, Pałacem Zimowym etc.. I marze tylko o tym, by ta zażyłość i zrozumienie dla tego miasta, pozostało we mnie aż do czasu, jego zwiedzenia. By nie umknęło mi to co najważniejsze - to głębokie przeżycie, którego można doświadczyć tylko za sprawą pełnego zrozumienia. To jedno z pięciu miast o których marze szczególnie i których doświadczyłam literacko, kulturowo, historycznie i drżę z niecierpliwości by je zobaczyć - i jednocześnie z przerażenia, że spotkanie to może okazać się płytkie. Tylekroć przeżyłam w swej wyobraźni wizyty w Londynie, Paryżu, Barcelonie i Nowym Jorku, że boje się, że gdy do nich naprawdę dojdzie, doskonała wizja moich miast, zderzy się z rzeczywistości i pozostawi niesmak, z którego oczekiwanie na samą podróż wydadzą się cudowniejsze niż jej realizacja. 



Nie lubię głupiego zwiedzania, wręcz nienawidzę. Pisze o tym dlatego, że ta cała refleksja nasunęła mi się na myśl podczas wizyty w Krakowie, który tak topograficznie bliski, jest mi tak mało znany. Być może własnie dlatego, że mam go na wyciągniecie ręki, nigdy nie potraktowałam go poważnie. Dopiero teraz widzę, jak głupie, puste i powierzchowne było zwiedzanie tego miasta. Może po za - wyprawą we wrześniu, kiedy to razem z moją mamą, zrealizowałyśmy mój plan podroży sentymentalnej, odwiedzając Domy Wielkich Malarzy okresu fin de siecle : Matejki, Wyspiańskiego, Mehoffera i Kossaka, a raczej Mej Kochanej Madzi Samozwaniec. Jednak po za tym jednym wyjątkiem, dość szczególnym, nie zwidziałam tego miejsca.




Możliwe, że wcale nie przyszło by mi to do głowy, gdyby nie fakt, że na omawiamy teraz gotyk, renesans i barok polski i gdzie jeśli nie tu szukać polskich perełek w tych stylach? Stąd całą sobą po wyjściu z kościoła Mariackiego pragnęłam odwiedzić kościół Piotra i Pawła, by móc przenieść całą swą nowo nabytą wiedzę na obraz, który został mi w głowie. Pragnęłam go zobaczyć, również dlatego, że to wyjątkowy przykład polskiej inspiracji barokowej, widocznej na pierwszy rzut oka w fasadzie - nawiązującej do  Il Gesu i Kościoła Santa Susany, możliwość zweryfikowania tych jeszcze ciągle żywych w mej głowie rzymskich fasad z tą krakowską inspiracją było niezwykle cenny. 
Do środka jednak nie udało mi się wejść, kościół był zamknięty, uznałam, że to nie szkodzi, to tym lepiej, postanowiłam, bowiem, że w ramach uzupełnienia mego wykształcenia, przy następnej wizycie u Czartoryskich (która będzie nieunikniona) poświecę się zupełnie odkrywaniu kościołów krakowskich. 

czwartek, 1 marca 2012

Nowość - Nowy Jork :)

Mała nowość u nas w domu - ma 10 cm długości 4-5 cm wysokości, jest przemiła w dotyku i niezwykle grzeczna. To mała lokatorka. na punkcie której, zwariowaliśmy oboje z mężem. Nieustannie musimy ją całować, przytulać i mówić do niej. Jest po prostu rozbrajająca i przy tym bardzo posłuszna.