Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

"U wrót doliny"- czyli starania o wizę amerykańską, runda druga



Jeśli pisałam jaki czas temu ( mówiąc o warszawskiej ambasadzie) jako o miejscu Herbertowskiego „pojedynczego zbawienia” ( rodem z „u wrót doliny”) to myliłam się. Szkaradnie się miliłam.
Dopiero tu na Upper Brook Street nieopodal radosnego i gwarnego Hyde Parku. W zamożnej do bólu dzielnicy ambasad, pod amerykańskim gmachem rozgrywają się dantejskie sceny.
Atmosfera jest tak gęsta, że można by ja kroić nożem. Czuć tu niemal namacalnie, apokaliptyczny lęk, atmosferę życiowego zakrętu, którym obarczona jest każda z tych ludzkich istot, która stoi w tym kilkuset metrowym sznurze, udając koralik, w tej koli, z niepasujących do siebie różnokolorowych elementów, które maja tylko – jeden mianownik wspólny. 

Tu nawet powietrze zdaje się mieć inny smak, wydychane oszczędnie na pół wdechu, sparaliżowanych strachem, czekających w napięciu, wszystkich nacji bożego świata.
Przede mną stoi para Irańczyków. On obejmuje ją czule i pociesza. Szepce do ucha, że się uda, że tym razem będzie dobrze. Przekazują sobie z ust do ust słowa otuchy. Za mną Kongijczyk, który ukrywa zdenerwowanie huśtając się w raperskim rytmie z nogi na nogę. Afganistan, Pakistan, Bangladesz, Zimbabwe, Ukraina… Wszystko czego można by chcieć.
Przez chwile przeszło mi przez głowę, że reportaż, „w 80 dni dookoła świata nie wyjeżdżając z Londynu”, dałoby się bez problemu nakręcić tu, na tej jednej ulicy. Zahaczając o wszystkie najbardziej egotyczne krańce świata.

Stoję więc tam bezradna. Wypatruje tych paszportów, którymi machają stojący przede mną i z nudów liczę narodowości. Cały proces trwa wieki. Jeden sznur barwnych nacji , musi odstać swoje by u kresu dostać od pani w czarnym wdzianku ptaszka tuż przy nazwisku i następnie móc przenieść się do kolejki tuż obok, by tym razem czekać, na przejście przez cały skomplikowany system kontroli osobistej, by ostatecznie zasiąść na wielkiej sali, z ilością siedzeń mogącą konkurować z tą kinową! I wpatrywać się hipnotycznie w ekran, na którym wyświetlą się co trzydzieści sekund numerki. Ponieważ nie ma żadnej logiki, ani algorytmu dla wyświetlanych po kolei cyfr, trzeb śledzić wzrokiem szaleńca pojawiające się co chwila liczbowe kombinacje i z mokrymi od potu rękoma, sprawdzać co chwila, czy ten 351 to mój!? Nie nie.. spokojnie, 357… O boże to już to już.. Nie, nie, to tylko 356. Może za raz, to już, już… I tak w nieskończoność trwająca około 2 godzin. Stan nieprzemijającego napięcia, który paraliżuje i uniemożliwia napicie się kawy, ani wizytę w ubikacji.

Tu znów w jednym rzędzie siedzę z ludźmi z wszystkich kontynentów. Nikt tu nie jest wesoły, nikt nie żartuje, nie przegląda zrelaksowany kolorowych gazet, nie czyta książek. Nawet ulubiona londyńska czynność- przyklejanie się do wyświetlacza smartfonów, jakby została tu zapomniana. Wszyscy wpatrujemy się w ekran, zahipnotyzowani cyframi. Czekający na swój sądny moment, objawiający się krótkim piii zwiastującym wyświetlenie cyfrowej kombinacji.
Jest wyświetla się! Mój 357 numer, biegnę do okienka numer 13, składam odcisk palców, daje swoje dokumenty, zostawiam paszport i wracam, do „kinowej sali”, by oddać się po raz kolejny hipnotyzującej czynności.

Po niecałej godzinie, zostaje wezwana po raz drugi. Okienko numer 23. Nieźle- myślę sobie, same ulubione cyfry. Numer domu, Data urodzin, nie może być źle. Robię to co zawsze – szukam znaków, ze wszystko się ułoży.

Tu jeszcze chwalę pod okienkiem kotłuje się w kolejce, spotykam kobietę z Konga, która opowiada mi swoją historię. Ona dostała wizę, na rok, teraz czekam po kolejną. Patrzę na nią pogodnie i myślę, sobie, że nie może być źle. Podchodzę do okienka, zza szyby spogląda na mnie przemiły starszy pan. Zadaje kilka pytań. Interesuje go to co wszystkich moje studia, moja własność ( nieruchomość).  Dlaczego przyjechałam do UK? Czy chce zostać w Wielkiej Brytanii? Gdzie pracuje? Ile zabraniam? Jaki jest mój zwód wyuczony? Standardowo, pyta o Rosje i znajomych z którymi chce polecieć do USA. Ciągle wpatruje się w ekran monitora, jakby zaklęta była tam cała prawda. Jakby to co mam do powiedzenia było tylko dodatkiem, który i tak niczego nie rozstrzygnie. Na koniec pada pytanie o rozwód. Kiwa głowa, raz jeszcze sprawdza papiery. Myślę, sobie, udało się.

Odchodzi na chwile od biurka, wraca, raz jeszcze kontrolnie spogląda w monitor i … Powietrze gęstnieje. Ja nie oddycham, wargi mam tak suche, ze jeden grymas, rozrywa mi skórę. Czuje smak krwi napływającej do ust, ręka nerwowo mi drga, zaciskam więc ja w pięść raz z ogryzionymi z czerwonego lakieru paznokciami… Patrzę na niego udając, że to bez znaczenia.

Patrzy na mnie dobrotliwie i wypowiada zdanie, które mnie ogłusza. Nie wiem, co się dzieje, słyszę tylko swoje rozpaczliwe „Why..!!??” które wyrywa mi się z piersi, wyrzucone półprzytomnym rozpaczliwym głosem, nad którym nie mam kontroli. Drukuje dla mnie oświadczenie numer 214 (b) i przepraszająco kiwa głową. Dziękuje uprzejmie, zegnam się i odchodzę. Nie słyszę już nic.

Postanawiam, że zachowam spokój, że przeżyje wszystko z godnością jak dotychczas. To jednak silniejsze od postanowień. Islandzki naturalny krajobraz podsycił moje marzenie o dzikich antypodach Ameryki. Towarzystwo najbliższych przypominało mi jak dobrze mieć ich na wyciagnięcie ręki.
A tu jedno zdanie, przekreśla wszystkie wielomiesięczne plany. Niemalże widzę, jak nade mną niczym w disnejowskich kreskówkach, rozpływa się w powietrzu obłok z Wielkim Kanionem.. Wizje porannej kawy, spijanej w Sturbuksie z Martucha, sweet foci trzaskanych z ręki, na tle Guggenheima. Wspólnego joggingu w Central Parku, czy potajemnego nocnego podjadania z Jarkiem. Przełykam gorzkie łzy, nie pozwalam sobie na roztrząsanie tematu. Szybko szukam w głowie moich planów awaryjnych.

Teraz już wiem, że zrobiłam wszystko by plan A miał możliwość realizacji. Wychodzę smętnie szurając nogami, jako ta „zgrzytająca zębami’. Mijam na schodach kilkoro roześmianych, zapewne tych „śpiewających psalmy.’


Na szczęście nie jest to podział wieczysty, a ja za rok, stanę tu znów, czekając na swoje „’amerykanskie zbawienie”. Niestety już w innym składzie…

niedziela, 8 czerwca 2014

Warszawa/ amerykańska wiza - i co dalej?

Podczas mojej wizyty w Polsce, dwukrotnie odwiedziłam stolice. Mam okropną słabość do tego miejsca, tym razem jednak miałam w tym mniej turystyczny interes.

W swoje urodziny stanęłam na progu amerykańskiej ambasady ściskając pod ręką czarną teczkę pełną dowodów na to, że jestem pełnoprawnym, związanym z ojczyzną i (z Wyspą również) obywatelem, który wszystko czego pragnie, to zjechać ich cudny kraj od wschodniego po zachodnie wybrzeże. Niestety, po 2 godzinach przechodzenia rozlicznych kontroli bezpieczeństwa, rozmów w okienkach, z ostatniego z nich, spojrzała na mnie swymi szarymi oczami przeciętnej urody amerykanka i powiedziała. "Przykro mi, na ten moment nie mogę Pani przyznać wizy, następny proszę".











Ambasada mieści się na ulicy "Pięknej" i mimo zachęcającej nazwy, wcale nie bywa tam pięknie. Ludzie tłoczą się na chodniku już od zakrętu. A gdy przekroczy się próg wcale nie jest lepiej. Wszystko to nieprzyjemne, bardzo formalne, a nawet trochę upokarzające. Cała procedura trwa około 1,5 godziny. Stoi się po kolei to w jednej, to w drugiej kolejce. Pokazuje dokumenty, czeka na swoją kolej, znów pokazuje dokumenty, podaje dane i rytualnie czeka na swą kolej. Gdy ta wreszcie nastała, a za szklaną szybą ukazała się przyjemna amerykanka o miłym głosie, nic nie zapowiadało katastrofy. Dostałam szereg pytań, na które skrupulatnie odpowiadałam,podczas, gdy pani urzędniczka, cały czas zerkała do monitora, jakby kontrolując, czy mówię prawdę, co jakiś czas odbiegając od głównego nurtu i wtrącając jakieś bardziej abstrakcyjne pytanie, w stylu ''Po co była pani w Rosji?", "Czy była pani w Turcji?" Ostatecznie gasząc mnie - krótkim okraszonym promiennym uśmiechem zdaniem: "przykro mi...". Wypowiedzianym tak lekko i uprzejmie, jakby mówiła: :"nie ma w tej chwili śmietany 30, ale proszę przyjść jutro, wtedy mamy dostawę.."

Wychodząc pogrążona jeszcze ciągle w szoku, nie dowierzając absurdalnością w jakie zostałam wplątana, rzuciłam raz jeszcze wzrokiem na kolejkę piętrzącą się przed wejściem i  pomyślałam sobie, że to tu dla wielu dokonuje się ten sąd ostateczny, który powtarzając za Herbertem "dokonuje podziału na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy". Dla mnie to nie miało takiego wymiaru. Zeszłoroczne wypadki uczyniły ze mnie twardego zawodnika. Nauczyłam się przyjmować wszystko jak leci, schylając kark i przyjmując na barki kolejne lekcje pokory. Zeszłoroczne wypadki nauczyły mnie, by zawsze mieć plan B, a nawet C, D  a najlepiej i E. Dlatego gdy tylko wyszłam na ulice, nieco przewietrzyłam umysł, szybko zaczęłam myśleć innymi kategoriami, przestawiając umysł na nowe tory, przygotowując się do kolejnych życiowych zakrętów. Puki co nie wiem co dalej. Kreślę wykresy, tworze ramowe plany i zestawiam je z sobą. Mój gap year (pierwszy od piątego roku życia rok bez nauki) dobiega końca, wizja przedłużenia tej sielanki o jeszcze jeden rok, jest niezwykle kusząca. Z drugiej strony gna mnie pragnienie zanurzenia w XX wiecznych źródłach, zatonięcia w bezkresie słów przyjaciół z przeszłości i poświęcenia sprawą, które uważam za ważne i cenne w wymiarze, zrozumiałym dla mnie i garstki wtajemniczonych. Co zrobię? Nie wiem. Alternatywnych planów jest sześć, może siedem. Każdy z nich wymaga ode mnie pewnych działań, które właśnie podejmuje, resztę zweryfikuje, życie. Sama zrobię co w mojej mocy, w reszcie zdaje się na los.

Co wchodzi w grę? Zbiór wykluczających się alternatyw: drugie podejście do amerykańskiej wizy, powrót do Polski: Katowice, Kraków, Warszawa? Każde inne miejsce na Polskiej ziemi, gdy bedę mogła pracować w zawodzie. Rekrutacja na mojej Alma Mater bądź tu na miejscu w Londynie na Hammersmith. Pozostaje pytanie czy walczyć o polskie życie, czy budować swą rzeczywistość na wyspie. Cokolwiek się nie wydarzy, wracam zawodowo do życia. Obrałam kurs, czekam na wiatr.
Trzymajcie kciuki.




 Bardzo dobra warszawska jadłodajnia, a właściwie bar mleczny, o niskich cenach i pysznym polskim jedzeniu.