Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publikacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publikacje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2014

Polska to stan umysłu

Na co wystarczy Pięć dni w Polsce? Na pewno nie na to by odpocząć. Na pięć dni, dwie noce spędzone na lotnisku, jedna w Polskim busie, jedna  gdzieś po za świadomością w bohemicznym nastroju radości  i świętowania własnego ćwierćwiecza, przy takim rachunku jedna z nich musiała wypaść w łóżku z gorączką i maksymalnym osłabieniem organizmu. Przyznaje bez bicia, spieprzyłam ten wyjazd logistycznie. Mistrzowsko spieprzyłam, co prawda nie zrobiłam tego celowo, ale wyszło fatalnie. Plan: Londyn Stansted- Katowice- Jaworzno- Katowice-Warszawa-Katowice-Jaworzno-Sosnowiec-Warszawa-Modlin-Londyn Stansted -Epsom zrealizowałam bez zająknięcia, jednak jak widać powyżej, z wypadkami po drodze.

Udało mi się jednak chociaż częściowo naładować baterię. Wiele mnie jednak kosztowało wyrwanie się z tej atmosfery ciepła i dobroci, która przypomina mi dzieciństwo i słodkie beztroskie czasy. Chyba nie ma niczego gorszego niz wyjazd z Polski bez świadomości, że na skrzynce mejlowej czeka juz kolejny bilet, z datą następnej wizyty. Serce chciało mi pęknąć, gdy ściskałam moich bliskich i nie umiałam powiedzieć kiedy tu znowu będę. To trochę tak, jakby człowiek był początkującym nurkiem, a rzucał się na wielką głębie, bez butli, bez asekuracji, z świadomością, że płynie w bez bezkres oceanu i nagle może zabraknąć mu powietrza. Na razie nie chcę o tym myśleć, szukam rozwiązania dla tego problemu i płyne dalej przed siebie. Puki co wracam do zdjęć i ciesze się tymi chwilami wykradzionymi angielskiej codzienności. Cisze sie, że udało mi się jeszcze raz zobaczyć z moją wiekową ( 94 letnia prababcią, która mimo częstotliwości z jaką się widzimy pamięta moje imię!) i spędzić trochę czasu z małym szkrabem, córcią mojego brata, która zna "ciocie Desi"  tylko ze zdjęć i opowiadań, których nie potrafi połączyć z moim obrazem. Tak więc jako zupełnie obca ciotka, męczyłam to śliczne Rude Dziecko, które momentami zupełnie przypomina mnie w tym wieku.Mogłam też wziąć do reki "moje własne dziecko", wydane na pachnącym papierze, uściskać znajomych, a nawet znaleźć chwile by odetchnąć i w romantycznej aurze spacerować o zachodzie słońca po ukochanych polach, drogiej mi krainy.
























 A teraz moje dziecko! które fizycznie mogłam wziąć do ręki:)

Obowiązkowy łuk kawy, z ulubionych domowych kubków..

O Warszawie i wizie, szerzej opowiem następnym razem.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Publikacja - Wywózka




Czasem udajemy się w podróż mimo własnej woli. Podczas lektur traktujących o traumatycznych wydarzeniach, jak wojna, czy holocaust mimo osobistych pragnień odczuwamy na własnej skórze chłód, na najmniejszy szelest reagujemy przyspieszonym tętnem, zaciskającym się żołądkiem i spojrzeniem wylęknionego wariata. Im wyższy nasz współczynnik empatii, tym głębiej, silniej, mocnej zatracamy się w fabule. Literacka fikcja staje się naszym teraźniejszym światem, a my, w niezauważalnym dla nas momencie, dostajemy zadyszki uciekając razem z bohaterem, którym mimo woli staliśmy się miedzy 1, a 10 zdaniem pierwszej strony.

Jestem z gatunku tych szczęściarzy, ( i nieszczęśników zarazem) , którzy bezdennie zatracają się w literackim świecie, często błądząc i nie mogąc powróci przez długie godziny do rzeczywistości.
Ten poziom empatii daje niesamowite wrażenia, życia w wielu wcieleniach, dziesiątkach epok i setkach istnień. Staje się jednak niezaprzeczalnym utrapieniem gdy chcemy przebrnąć przez jakiś tekst, zachowując dystans i rzeczowe, logiczne, niezmącone emocjami spojrzenie.

Z tym kalibrem przyszło mi się mierzyć, mniej więcej rok temu, gdy pochylałam się nad kwerendą  wydawanego na Śląsku"Górnika" z lat 1989-1991, gdzie publikowana były listy Ślązaków deportowanych do ZSRR.

Niewiele myśląc dałam się władować do tych bydlęcych wagonów, z bezdechu i głodu, mdlejąc, jechałam razem z więźniami. Zamarzałam na kość i odchodziłam od zmysłów, ciągle jadąc razem z nimi, w nieznana mi stronę, pełna obaw i żalu, czując jak opuszczają mnie siły i ostatnie nadzieje. Przelewałam łzy nad listami córek, które utraciły ojców, oraz żon, które myślały, przez lata, że zostały porzucone, gdy mąż nie dawał znaku ,życia. Truchlałam nad relacjami tych, którzy przeżyli i zdecydowali się udzielić wywiadu do parsy.

Moim zadaniem było przeanalizowanie sprawy deportacji górników do Związku Radzieckiego, w powojennej Polsce. Sprawa niemalże dziewicza. Temat artykuły zlecony prze Instytut Pamięci Narodowej, jak dla mnie zupełnie nietypowy. Na co dzień pochylona nad historią kobiecą, kulturą, obyczajowością przełomu XIX i XX wieku oraz modą kobiecą i jej socjologicznym wydźwiękiem, nagle trafiłam w czasy mi obce. A zwiewne  fatałaszki zastąpił jednoznaczny pasiak. Wpadłam z tego swego słodkiego dekadenckiego światka, w prl-owską zawieruchę, wprost w ludzkie, najprawdziwsze dramaty.

Czytałam te listy, wspomnienia, wywiady i relacje i truchlałam, przeżywałam ludzkie dramaty silniej niż się tego po sobie spodziewałam. Tym bardziej, że miałam w rekach prawdziwą historię, ludzi z własnego  śląskiego podwórka, żyjących w ostatnich dziesięcioleciach, których tragedia wydarzyła się tuz obok miejsc, w których bywałam w Polsce na co dzień.



W pierwszym odruchu chciałam pisać o emocjach, o cierpieniu i stracie. Musiałam oswoić się z tematem. Przyswoić sobie cierpienie drugiego człowieka. Potraktować je jako fakt i statystyczną daną. Właśnie tej chłodnej kalkulacji i rzeczowej analizy wymagało ode mnie zadanie.
Starałam się jednak mimo, to przemycić ludzki czynnik, nie zabić empatii, bez której tracimy człowieczeństwo, tak niezbędne przy historycznej analizie. Mam nadzieje, że udało mi się wśród statystyk i bezosobowych licz, udało mi się przemycić historie prawdziwych ludzi.

Zachęcam do lektury, mój artykuł ukazał się własnie w publikacji, wydanej nakładem Instytutu Pamięci Narodowej, pt "Wywózka", premiera miała miejsce w zeszłym tygodniu. To smutna podróż, ale warta odbycia. Zawsze lepiej być świadomym tego co ludzie maja za paznokciami, tym bardziej nasi sąsiedzi.





.
Ps. Niewiele rzeczy w życiu daje taką radość, jak widok ( na razie jedynie przez kamerkę na skype) własnego nazwiska wydrukowanego na białym pachnącym papierze, nowiutkiej publikacji!

więcej o książce:
IPN - Wywózka