Subiektywny przewodnik - co, gdzie i po co kupować we Lwowie? Jak omijać szerokim łukiem tandetę i upolować prawdziwe perełki na lwowskich straganach za kilka hrywien?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty
piątek, 18 października 2013
piątek, 20 września 2013
Ukraińska Kuchnia
Ponieważ jeszcze ciągle walczę z kilkoma zbędnymi kilogramami po naszym rosyjskim maratonie pochłaniania trzydaniowych obiadów o 2 w nocy (własnie wróciłam z 5 kilometrowego porannego biegu, daje rade:)), a takie porcje jedzenia jak te poniżej, zobaczę - jak świnia niebo:) Więc w ramach retrospekcji, zapraszam Was na naszą Lwowską wyżerkę i kilka moich refleksji na temat ukraińskiej kuchni, smacznego! (wcześniejsza relacja z Lwowa tu)
Byłabym okropnym kłamczuchem gdybym napisała, że od zawsze próbuje lokalnych specjałów i porównuje potrawy zjedzone w rożnych miejscach. Tak naprawdę dopiero w zeszłym roku właśnie we Lwowie po raz pierwszy skupiłam się na tym co jem, a w tydzień później w Rzymie utwierdziłam się tylko w przekonaniu (mało odkrywczym - przyznaje bez bicia), że nie można w pełni poczuć klimatu miasta, gdy nie próbuje się lokalnych specjałów. Dlatego w tym roku z wielka radością odwiedziłam po raz drugi restauracje U Pani Stefy , gdzie zjadłam dokładnie to co w zeszłym roku - potrawę której smak śnił mi się po nocach, doskonałe pierożki ruski z idealnym sosem grzybowym oraz najprawdziwszy ukraiński barszcz, pełen startych warzyw, z pływającą wkładką z ( nie jestem pewna) cielęciny oraz łyżką śmietany na wierzchu. Lokal U Pani Stefy znajduje się w samym centrum, na Prospekcie Swobody ( dawnych Wałach Hetmańskich) w przepięknej secesyjnej kamieniczce. Mimo, ze jest to ścisłe centrum nie jest drogo, ceny są rzekłabym zjadliwe( pierogi ruskie 22 UHA, sos ( osobno) 12 UHA, ukraiński barszcz z wkładką 15 UHA)
Drugim miejscem wartym polecenia jest Puzata Chata - Ukrainskie Jadło, ( ul. Strzelców Siczowych 9, na skrzyżowaniu z ul. Kościuszki) jest to sieciówka z ukraińskim jedzeniem, podobno popularny ukraiński fast food ze zdrową żywnością. Nie wiem jak jest z jej powszechnością, jednak popularny jest bez wątpienia, byłam w nim o rożnych porach dnia i za każdym razem był pełny, a wolnych stolików w dwupiętrowym lokalu było zaledwie kilka.
W tym roku postanowiłam zaszaleć i wypróbować niemalże wszystko co mają w menu. Moi towarzysze podroży Krzysiek i Ola mieli ten sam cel, więc zamawialiśmy wszyscy coś innego ( jest to lokal samoobsługowy chodzi się samemu z tacą i nakłada jedzenie, każda porcja to 100 gram i tak tez jest wyceniana). W zeszłym roku nie byłam zachwycona tym miejscem, spróbowałam jednak tylko kilku rzeczy, teraz jednak jestem pod niesłabnącym wrażenie tej knajpy i okropnie żałuje, że nie mamy takiego lokalu w Katowicach, bo zapewne jadłabym tam studenckie posiłki ( oczywiście gdyby były w tych cudownych ukraińskich cenach!)
Mięso wieprzowe z grzybami i serem - coś na kształt sznycla ale mniej tłuste i dużo smaczniejsze, polecam zdecydowanie. Mięso nie ocieka tłuszczem a grzyby w środku dodają smaku. ( 11 UHA)
Do mięsa polecam te przesmażane ziemniaczki, są genialne, co prawda mi brakowało trochę przypraw, którymi doprawia takie ziemniaki moja Mama :) ale i tak polecam. ( 10.50 UHA)
To nie mięso, to deser! Mały serniczek o jedwabistej gąbczastej konsystencji, który rozpływa się w ustach! Z zewnątrz posypany jest płatkami kukurydzianymi, co ważne nie jest bardzo słodki. Do sernika jak i wielu innych deserów można dostać łyżkę kwaśnej śmietany ( 7 UHA)
To zdecydowanie mój faworyt! Mimo, że w domu staram się nie jeść czerwonego mięsa, nie mogłam się oprzeć temu z zewnątrz przypominającemu pizze daniu. To cudo zamówione pierwszego dnia przez Krzysia to mięciutka wołowina na której ułożone są duszone warzywa, szczególnie pomidory, cebulka i pieczarki, na to ser, choć mi osobiście wydawało się, że czuje smak jajecznicy z pomidorami, nie jestem pewna, czy nie ma tam tez jajka. To potrawa doskonała i bardzo sycąca, dlatego tez podczas drugiej wizyty zamówiłam ją bez wahania! Cena mniej więcej 15-18 UHA
Miodownik, wygląda pięknie, ale w smaku nie zachwyca. Masa jest lekko kwaśna, jakby cytrynowa, a ciasto ma posmak sody i przypomina nieco marchewkowy tort. Jak dla mnie rozczarowanie, zdecydowanie odradzam (9 UHA)
Desery to to co lubię najbardziej, więc ich spróbowałam najwięcej. U góry po lewej mały okrągły serniczek z rodzynkami. Niestety nie jest najlepszy. Jest bardzo tani ( 3,90 UHA) ale przy tym twardawy, mało słodki i bez smaku.
Co innego naleśnik obok, idealna konsystencja. Mięciutki, wręcz jedwabisty, wewnątrz fantastyczny mus z przesmażanych jabłek z cynamonem. Gorąco polecam, aż mi ślina cieknie na jego wspomnienie. ( 6 UHA)
Zdecydowany faworyt wśród deserów: Napoleon ( 9 UHA). Smakiem przypomina nieco naszą karpatkę jednak w smaku jest dużo lepszy. To ciasto którym jest przełożona masa jest nie słodkie więc całość mimo dużej ilości masy nie jest muląca, a masa sama w sobie jest bardziej maślana niż karpatko-wa przypominająca budyń.

Następnego dnia pozwoliliśmy sobie znowu na mała rozpustę. Tym razem nasz wybór padł na sprawdzone dzień wcześniej potrawy oraz kilka nowości.
Ten makaron przypominający krewetki, jest oblany czymś w rodzaju krewetkowego sosu, dobry ale bez rewelacji. ( 11, 90 UHA)
Zupa kompletnie bez nazwy, zapomnieliśmy rozszyfrować co to, w smaku tez bez szału, trochę grzybów, trochę fasoli, jednak ni to rosół, ni grzybowa ni tym bardziej fasolowa :)
To żaden lizak, to pyszna mięsna przekąska mi osobiście przypominająca trochę kaszankę, a trochę przesmażaną białą kiełbaskę, bez względu na to co to jest - jest to pyszne ( 8,90 UHA)
To kolejne podejście do naleśników, tym razem z serem, konsystencja ciasta tak jak przy wcześniejszych, nadziewanych musem jabłkowym, genialna. Farsz jednak nie był już tak dobry jak ten jabłkowy. ( 8,90 UHA)
To danie to mój kolejny faworyt. Może jestem nieobiektywna, bo obok ziemniaków z kwaśnym mlekiem uwielbiam najbardziej leczo i strogonowa - a ten sos smakiem nieco przypominał moje leczo. Jednak wszystkim nam smakował, wiec chyba obiektywnie rzecz biorąc był naprawdę dobry! Danie bardzo proste duszona cebulka z pieczarkami zwykłymi i marynowanymi, oraz papryka, chyba również pod dwoma postaciami konserwowej i zwykłej. Całość dawała genialny efekt, polecam (18 UHA)
A to nasza trójka pojedzonych szczęśliwców:)
Jeśli mówimy o ukraińskich specjałach nie można zapomnieć o alkoholu. Ukraińskie piwa są po prostu pyszne! Szczególnie polecam piwo Lwowskie, jest przepyszne. W supermarkecie litr piwa kosztuje 10,90 UHA!
warte wspomnienia są oczywiście ukraińskie bajeczne lokale, ale o nich opowiem innym razem...
Byłabym okropnym kłamczuchem gdybym napisała, że od zawsze próbuje lokalnych specjałów i porównuje potrawy zjedzone w rożnych miejscach. Tak naprawdę dopiero w zeszłym roku właśnie we Lwowie po raz pierwszy skupiłam się na tym co jem, a w tydzień później w Rzymie utwierdziłam się tylko w przekonaniu (mało odkrywczym - przyznaje bez bicia), że nie można w pełni poczuć klimatu miasta, gdy nie próbuje się lokalnych specjałów. Dlatego w tym roku z wielka radością odwiedziłam po raz drugi restauracje U Pani Stefy , gdzie zjadłam dokładnie to co w zeszłym roku - potrawę której smak śnił mi się po nocach, doskonałe pierożki ruski z idealnym sosem grzybowym oraz najprawdziwszy ukraiński barszcz, pełen startych warzyw, z pływającą wkładką z ( nie jestem pewna) cielęciny oraz łyżką śmietany na wierzchu. Lokal U Pani Stefy znajduje się w samym centrum, na Prospekcie Swobody ( dawnych Wałach Hetmańskich) w przepięknej secesyjnej kamieniczce. Mimo, ze jest to ścisłe centrum nie jest drogo, ceny są rzekłabym zjadliwe( pierogi ruskie 22 UHA, sos ( osobno) 12 UHA, ukraiński barszcz z wkładką 15 UHA)
Drugim miejscem wartym polecenia jest Puzata Chata - Ukrainskie Jadło, ( ul. Strzelców Siczowych 9, na skrzyżowaniu z ul. Kościuszki) jest to sieciówka z ukraińskim jedzeniem, podobno popularny ukraiński fast food ze zdrową żywnością. Nie wiem jak jest z jej powszechnością, jednak popularny jest bez wątpienia, byłam w nim o rożnych porach dnia i za każdym razem był pełny, a wolnych stolików w dwupiętrowym lokalu było zaledwie kilka.
W tym roku postanowiłam zaszaleć i wypróbować niemalże wszystko co mają w menu. Moi towarzysze podroży Krzysiek i Ola mieli ten sam cel, więc zamawialiśmy wszyscy coś innego ( jest to lokal samoobsługowy chodzi się samemu z tacą i nakłada jedzenie, każda porcja to 100 gram i tak tez jest wyceniana). W zeszłym roku nie byłam zachwycona tym miejscem, spróbowałam jednak tylko kilku rzeczy, teraz jednak jestem pod niesłabnącym wrażenie tej knajpy i okropnie żałuje, że nie mamy takiego lokalu w Katowicach, bo zapewne jadłabym tam studenckie posiłki ( oczywiście gdyby były w tych cudownych ukraińskich cenach!)
Do mięsa polecam te przesmażane ziemniaczki, są genialne, co prawda mi brakowało trochę przypraw, którymi doprawia takie ziemniaki moja Mama :) ale i tak polecam. ( 10.50 UHA)
To nie mięso, to deser! Mały serniczek o jedwabistej gąbczastej konsystencji, który rozpływa się w ustach! Z zewnątrz posypany jest płatkami kukurydzianymi, co ważne nie jest bardzo słodki. Do sernika jak i wielu innych deserów można dostać łyżkę kwaśnej śmietany ( 7 UHA)
To zdecydowanie mój faworyt! Mimo, że w domu staram się nie jeść czerwonego mięsa, nie mogłam się oprzeć temu z zewnątrz przypominającemu pizze daniu. To cudo zamówione pierwszego dnia przez Krzysia to mięciutka wołowina na której ułożone są duszone warzywa, szczególnie pomidory, cebulka i pieczarki, na to ser, choć mi osobiście wydawało się, że czuje smak jajecznicy z pomidorami, nie jestem pewna, czy nie ma tam tez jajka. To potrawa doskonała i bardzo sycąca, dlatego tez podczas drugiej wizyty zamówiłam ją bez wahania! Cena mniej więcej 15-18 UHA
Miodownik, wygląda pięknie, ale w smaku nie zachwyca. Masa jest lekko kwaśna, jakby cytrynowa, a ciasto ma posmak sody i przypomina nieco marchewkowy tort. Jak dla mnie rozczarowanie, zdecydowanie odradzam (9 UHA)
Desery to to co lubię najbardziej, więc ich spróbowałam najwięcej. U góry po lewej mały okrągły serniczek z rodzynkami. Niestety nie jest najlepszy. Jest bardzo tani ( 3,90 UHA) ale przy tym twardawy, mało słodki i bez smaku.
Co innego naleśnik obok, idealna konsystencja. Mięciutki, wręcz jedwabisty, wewnątrz fantastyczny mus z przesmażanych jabłek z cynamonem. Gorąco polecam, aż mi ślina cieknie na jego wspomnienie. ( 6 UHA)
Następnego dnia pozwoliliśmy sobie znowu na mała rozpustę. Tym razem nasz wybór padł na sprawdzone dzień wcześniej potrawy oraz kilka nowości.
Ten makaron przypominający krewetki, jest oblany czymś w rodzaju krewetkowego sosu, dobry ale bez rewelacji. ( 11, 90 UHA)
Zupa kompletnie bez nazwy, zapomnieliśmy rozszyfrować co to, w smaku tez bez szału, trochę grzybów, trochę fasoli, jednak ni to rosół, ni grzybowa ni tym bardziej fasolowa :)
To żaden lizak, to pyszna mięsna przekąska mi osobiście przypominająca trochę kaszankę, a trochę przesmażaną białą kiełbaskę, bez względu na to co to jest - jest to pyszne ( 8,90 UHA)
To kolejne podejście do naleśników, tym razem z serem, konsystencja ciasta tak jak przy wcześniejszych, nadziewanych musem jabłkowym, genialna. Farsz jednak nie był już tak dobry jak ten jabłkowy. ( 8,90 UHA)
To danie to mój kolejny faworyt. Może jestem nieobiektywna, bo obok ziemniaków z kwaśnym mlekiem uwielbiam najbardziej leczo i strogonowa - a ten sos smakiem nieco przypominał moje leczo. Jednak wszystkim nam smakował, wiec chyba obiektywnie rzecz biorąc był naprawdę dobry! Danie bardzo proste duszona cebulka z pieczarkami zwykłymi i marynowanymi, oraz papryka, chyba również pod dwoma postaciami konserwowej i zwykłej. Całość dawała genialny efekt, polecam (18 UHA)
A to nasza trójka pojedzonych szczęśliwców:)
Jeśli mówimy o ukraińskich specjałach nie można zapomnieć o alkoholu. Ukraińskie piwa są po prostu pyszne! Szczególnie polecam piwo Lwowskie, jest przepyszne. W supermarkecie litr piwa kosztuje 10,90 UHA!
warte wspomnienia są oczywiście ukraińskie bajeczne lokale, ale o nich opowiem innym razem...
czwartek, 28 marca 2013
Polonia Lwowska i najlepsze lokum we Lwowie
Oprócz pieca kaflowego w mieszkaniu był również kominek.
Właścicielem tego cudownego apartamentu jest pan Aleksander, związany z Polonią jednak z pochodzenia bardziej Ukrainiec niż Polak. Cudowny niezwykle rozmowy człowiek, który doglądał nas jak troskliwy ojciec. Przy każdej okazji doradzał, służył pomocą, oraz zabawiał rozmową pełną barwnych anegdot i ciekawostek. Przy jednej z nich okazało się, że naprzeciw kamienicy w której mieszkaliśmy mieszkał przez lata wokalista zespołu Okean Elzy (przykładowe nagranie).
poniedziałek, 25 marca 2013
Wyklad w Polskiej Szkole we Lwowie i spełnione marzenie historyczki
Odkąd pamiętam interesowały mnie dawne stroje, gdy postanowiłam, że zostanę historykiem jednym z powodów przemawiających za tą życiową opcją była możliwość przebierania się w historyczne stroje i uczenia dzieci o dawnych dziejach w stroju z epoki, wnosząc do sali lekcyjnej trochę magi i czaru z dawnych dni. Gdy trochę spoważniałam, zaczęłam zajmować się historią ubioru od strony naukowej i oprócz kilku kółek zorganizowanych podczas praktyk w szkole nie ubierałam się więcej w historyczne fatałaszki.
Przed wyjazdem gdy w pospiechu ogarniałam referat oraz prezentację, ćwiczyłam wystąpienie przed moją mamą. Zapytała się mnie czemu się nie przebrałam, ja ofuknęłam ją, że jak mam się przebrać, skoro muszę oszczędzać miejsce w walizce itd... Ostatecznie porzuciłam wizję walizki ( co jak się później okazało było najlepszym wyjściem), przepakowałam się do plecaka, odświeżyłam mój wiktoriański strój, któremu nadałam zupełnie nową formę, za sprawą dodatków oraz specjalnych podpórek oraz wypchań. Imitujących rękawy gigot oraz turniurę.
Mimo okropnego ciężaru jaki musiałam nosić na plecha byłam zadowolona, że przypomniano mi o marzeniach z przed kilku lat i że mimo wszystko zdecydowałam się wystąpić w stroju żałobnym z 1870 roku..
Prezentacja nie odpaliła zmuszona byłam więc improwizować, co nie jest trudne, gdy mówi się o tym co jest naszemu sercu najbliższe. Opowiadałam więc o tym co mam na sobie, nie szczędząc kolokwializmów, którymi łatwiej dotrzeć do małego odbiorcy. Opisując turniurę jako końskie dupsko, gorsety, jako łamiące żebra i duszące narzędzia tortur, a także rękawy gigot jako wątpliwie estetyczne. W pewnym momencie poczułam, że moja idealna turniura stworzona z koca wepchanego do rajstop ( pod którym przez cały wyjazd spałam) zaczyna opadać razem z rajtkami, chwyciłam więc go naprędce i z uśmiechem ( a co mi pozostało) powiedziałam, "niestety zaraz mi coś wypadnie, więc pozwolę sobie stanąć do Was bokiem, żebyście lepiej mogli zobaczyć moje końskie dupsko". Dzieci miały ubaw, ja sama tez nieźle się bawiłam, a od momentu kiedy istniało ryzyko, że coś mi wyleci, skupienie sięgało zenitu :)
Moja ekipa:)
Wszyscy razem, z panią dyrektor oraz nauczycielem historii
Organizatorzy wyjazdu
Cudownie było móc choć przez chwile być XIX wieczną nauczycielką w sznurowanych trzewikach, kilku halkach i szmizetce pod szyja, oraz rękawach zwieńczonych haftowanym mankietem....
Marzenia się spełniają!
Przed wyjazdem gdy w pospiechu ogarniałam referat oraz prezentację, ćwiczyłam wystąpienie przed moją mamą. Zapytała się mnie czemu się nie przebrałam, ja ofuknęłam ją, że jak mam się przebrać, skoro muszę oszczędzać miejsce w walizce itd... Ostatecznie porzuciłam wizję walizki ( co jak się później okazało było najlepszym wyjściem), przepakowałam się do plecaka, odświeżyłam mój wiktoriański strój, któremu nadałam zupełnie nową formę, za sprawą dodatków oraz specjalnych podpórek oraz wypchań. Imitujących rękawy gigot oraz turniurę.
Mimo okropnego ciężaru jaki musiałam nosić na plecha byłam zadowolona, że przypomniano mi o marzeniach z przed kilku lat i że mimo wszystko zdecydowałam się wystąpić w stroju żałobnym z 1870 roku..
Prezentacja nie odpaliła zmuszona byłam więc improwizować, co nie jest trudne, gdy mówi się o tym co jest naszemu sercu najbliższe. Opowiadałam więc o tym co mam na sobie, nie szczędząc kolokwializmów, którymi łatwiej dotrzeć do małego odbiorcy. Opisując turniurę jako końskie dupsko, gorsety, jako łamiące żebra i duszące narzędzia tortur, a także rękawy gigot jako wątpliwie estetyczne. W pewnym momencie poczułam, że moja idealna turniura stworzona z koca wepchanego do rajstop ( pod którym przez cały wyjazd spałam) zaczyna opadać razem z rajtkami, chwyciłam więc go naprędce i z uśmiechem ( a co mi pozostało) powiedziałam, "niestety zaraz mi coś wypadnie, więc pozwolę sobie stanąć do Was bokiem, żebyście lepiej mogli zobaczyć moje końskie dupsko". Dzieci miały ubaw, ja sama tez nieźle się bawiłam, a od momentu kiedy istniało ryzyko, że coś mi wyleci, skupienie sięgało zenitu :)
Moja ekipa:)
Wszyscy razem, z panią dyrektor oraz nauczycielem historii
Organizatorzy wyjazdu
Cudownie było móc choć przez chwile być XIX wieczną nauczycielką w sznurowanych trzewikach, kilku halkach i szmizetce pod szyja, oraz rękawach zwieńczonych haftowanym mankietem....
Marzenia się spełniają!
niedziela, 24 marca 2013
Lwów po raz drugi, szczegółowa relacja krok po kroku
Po co wracać do tego miasta? To idiotyczne pytanie! Do tego miasta chce się wracać, ma w sobie specyficzny fluid, który przyciąga jak magnes. Jestem zakochana w jego klimacie, czarownych uliczkach, zabytkowych kamieniczkach, magicznych świątyniach i ciepłych ludziach, skorych do pomocy na każdym kroku.
W zeszłym roku ( tu ) nie udało mi się zobaczyć wszystkiego. Mieliśmy tylko dwa dni a przeciw nam był 30 stopniowy mróz i bardzo krótki dzień. Teraz mieliśmy cudowną pogodę, a ja byłam bogatsza o zeszłoroczne doświadczenia, umiejętniej komponowałam trasę i postoje, bogatsza też byłam o kontekst jaki zapewniły mi zeszłoroczne i tegoroczne zajęcia z historii sztuki renesansu i baroku, dzięki którym odkrywałam Lwów na nowo. Momentami może trochę zatruwając życie moim współtowarzyszą życie informacjami na temat - charakterystycznych dla danego stylu zdobień, okuć i form. Co mam nadzieje było dla moich znajomych interesujące i pożyteczne:)
Mieliśmy kilka dni by ogarnąć miasto, ponieważ tempo było naprawdę dobre w dwa dni zwiedziliśmy wszystkie dostępne w mieście atrakcje. Nie odwiedziliśmy tylko Lwowskiej Galerii Sztuki w pałacu Potockich, przypuszcza, że zrobiłam to z premedytacją by mieć powodu ( Istotny powód ) by wrócić do tego miasta!
Mimo, iż w zeszłym roku zwiedzaliśmy intensywnie, wielu rzeczy nie udało nam się zobaczyć. W tym roku nadrobiłam zaległości z nawiązką. Żeby się nie powtarzać, zwrócę szersza uwagę tylko na te obiekty, które widziałam w tym roku po raz pierwszy, bądź właśnie teraz zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Nasze mieszkanie mieściło się na Doncowej - bocznej odnodze Łyczakowskiej, dlatego też zwiedzanie rozpoczęliśmy od Arsenału Miejskiego pochodzącego z XVI wieku. Wewnątrz mieści się dziś Lwowskie Muzeum Historyczne oraz fantastyczna knajpka o specyficznym klimacie "Katownia" nawiązująca do historii tego miejsca, które od 1799 roku było więzieniem.
Tuz obok Arsenału mieści się klasztor i kościół Bernardynów, który pełni obecnie rolę bizantyjko-ukraińskiej cerkwi św. Andrzeja. Świątynia ta uznana została za najpiękniejszą w całym Lwowie. Wiąże się z tym osobliwa historia, wizytacji króla Zygmunta III Wazy, który uznał, że obiekt jest zbyt skromny, opinia ta spowodowała wzrost ambicji możnych fundatorów, którzy pragnęli zaimponować władcy. Efektem tego niezwykły kościół, którego największym atutem jest fasada. Jest on trzykondygnacyjny, dolne piętro jest renesansowe, środkowe zachowane zostało we włoskim stylu a ostatnie stanowi wspaniały przykład manieryzmu z dekoracyjnym szczytem przypominającym flamandzki renesans. Aby wzmocnić efekt - dodano dzwonnice tak zwana campaniele, Wszystkie te zabiegi łącznie z figurami matki Boskiej i Św Piotra po bokach i Chrystusa w środku, zdobiącymi fasadę przednia tworzą niezwykłe wrażenie.
Osobiście fasa robi na mnie większe wrażenie niż wnętrze kościoła. Generalnie większe wrażenie robi na mnie historyczność tego miejsca, stając przed przepiękną fasadą nie tylko przezywamy estetyczne doznania ale i duchowe, wiedząc, że z tego własnie miejsca ruszyła moskiewska wyprawa Dymitra Samozwańca, a także w tym miejscu w 1648 roku wybrano na wodza armii Jeremiego Wiśniowieckiego, a także to tu rozpoczął się kondukt żałobny wielkiego mistrza Artura Grottgera. Wszystko to tworzy niezwykłą aurę wokół tej świątyni, dziś przemianowanej na cerkiew. Ołtarz pozostał niezmieniony, we wnętrzu nie ma ikonostasu, dołożono jedynie kilka ikon. Jak na warunki polskie, i polskie możliwości XVIII wieczne iluzjonistyczne malarstwo na sklepieniu robi kolosalne wrażenie. Malowidło ukazuje Świętą Trójcę apoteozę św. Franciszka Serafickiego oraz innych zakonników. Niestety moja zeszłoroczna wyprawa do Rzymu uczyniła mnie bardziej wymagającą wobec renesansowych i barokowych twórców bezlitośnie ukazują wszelkie mankamenty w słabszych i bardziej prowincjonalnych wyrobach. Trudno nie być w XVIII wieku prowincjonalnym w zestawieniu z Rzymem, tak więc widok Apoteozy św Ignacego Loyoli - który od tamtej pory nosze w sercu jako jedno z najbardziej estetycznych wspomnień w życiu, niszczy wrażenie jakie zapewne zrobiłaby na mnie ta apoteoza, gdybym nie znała rzymskiego mistrzowskiego wykonania i nie widziała na własne oczy tamtej palety barw. Tu obraz jest interesujący, jednak mdły a proporcje gdzieniegdzie zaburzone. Aby móc zobaczyć kościół w środku najlepiej wybrać się tam popołudniu. w godzinach dopołudniowych jest godzinna przerwa na sprzątanie. 11-12 czy też 12-13.
Stąd już tylko kilka kroków do Katedry Łacinskiej, idziemy ulicą halicką do góry mijając po drodze pomnik legendarnego założyciela Lwowa, ojca sławetnego Lwa od którego pochodzi nazwa miasta, oraz zabytkowy tramwaj, którzy ma przypominać, że to własnie tu po raz pierwszy w tej części Europy uruchomiono ten środek komunikacji. Obecnie mieści się w nim kawiarnia.
Katedra Łacinska robi zawsze wielkie wrażenie, zaraz za nią mieści się kaplica Boimów, która w tym dniu była zamknięta. Jedna dzięki informacji jakie uzyskaliśmy od pana handlującego pocztówkami oraz mapami na rynku, udało nam się dostać do środka następnego dnia. Kaplica bowiem jest zamknięta na czas zimy, otwierają ją dopiero w kwietniu zamykają już w październiku. Dlatego też warto korzystać z takich okazji będąc w mieście zimom, szczególnie w niedziele - przyjeżdża tu wiele wycieczek wówczas kaplica jest otwarta od godziny 12 do 14 należny pukać głośno do środka, przy sporej dawce szczęścia może udać się wejść do środka samodzielnie bez większej wycieczki, koszt to 5 UHA wrażenia są bezcenne, już fasada Kaplicy Boimów daje nam niesamowite estetyczne odczucia, wnętrze co wrażliwszych może doprowadzić do prawdziwej ekstazy.
Kaplica często jest pomijana przez niewprawionych turystów, bowiem jest ona ukryta na tyłach Katedry jest to jedyna pamiątka po istniejącym niegdyś w tym miejscu cmentarzu założonym, z rozkazu Józefa II w XVIII ze względów sanitarnych został przeniesiony za miasto. XVII -wieczna kaplica została wzniesiona przez zamożną rodzinę węgierskich kupców zamieszkujących miasto, nazywana była Kaplica Ogrojcową. Dziś przyłączona została do szeregowej zabudowy miejskiej. Jest to późnorenesansowa kaplica, której fasada może przywodzić na myśl bardziej zdobiony ikonostas, ukazujący u góry mękę pańską a w niszy postacie apostołów Piotra i Pawła. Ogromne wrażenie robi błękitna kopuła, którą zdobią kasetony z rzeźbionymi głowami świętych, o spersonalizowanych rysach, które poświadczają pogłoskę jakoby mieszkańcy użyczali twarzy świętym.
Zaraz obok zrobiono zabawne miejsce pocałunków, które powoli staje się kultowym miejscem pielgrzymek zakochanych, chcących pocałować się pod znakiem:)
Rynek niezmiennie robi ogromne wrażenie. Mimo, iż Kraków jest mi osobiście bliski, lwowski rynek uważam za najpiękniejszy. Ma w sobie niezwykły czar i urok. Każda kamienica ma własną barwną historię. Bez wątpienia najpiękniejszą jest kamienica z numerem szóstym - tak zwana Królewska, inaczej nazywana Małym Wawelem. Dziedziniec arkadowy nasuwa jednoznaczne skojarzenia z wawelskim dziedzińcem, stanowiąc jakby jego miniaturkę. Wejście kosztuje 5 UHA, Możliwość robienia zdjęć 25 UHA.
Gdy udało nam się odnaleźć wszystkie kamienice o oryginalnych historiach ( pomocna przy tym była mapa panoramiczna, wydana po polsku, którą sprzedaje pan krążący po rynku, ( swoja drogą, świetnie mówiący po polsku), skierowaliśmy się ulicą Staropigijską do dawnego kościoła Dominikanów, zaprojektowanego w XVIII wieku przez Jana Witta. Osobiście jestem pod niesłabnącym wrażeniem fasady tego kościoła. Jest to jedna z najbardziej okazałych barkowych świątyń tego miasta.
Na zewnątrz zaatakowaliśmy posąg Nikifora Krynickiego, a nas w ramach równowagi zaatakowali Ukraińcy próbujący wyłudzić od nas 20 UHA na zdjęcie z białym gołębiem.
Zaraz za kościołem Dominikanów przy ul. Podwale mieści się urokliwe targowisko, gdzie można kupić książki w przeróżnych językach, stare gazety, pamiątki po związku radzieckim oraz militaria związane z niemieckimi oddziałami SS czy Wermachtu. Miejsce to ma swój niezwykły klimat. Są tu same starocie, nie ma tu tandetnych ozdób produkowanych w Chinach, czy laserunkowych obrazów o wątpliwej estetyce, które zdażają się często na targowisku za Cerkwią Przemienienia Pańskiego, tuz pod Teatrem Narodowym.
Nad targowiskiem wznosi się pomnik Iwana Fedorowa, rosyjskiego i ukraińskiego drukarza, który jako pierwszy drukował cyrylicą. W zeszłym roku nieco przedrzeźniałam Fedorowa zdjęcie poniżej :)
Po drodze obowiązkowo należy odwiedzić Zespół Zabudowań Bractwa Uspienskiego, na który składa się Wieża Korniaka, tzw. Wieża Wołoska, pięknie górująca nad miastem, Cerkiew zaśnięcia Marii, oraz Kaplica Trzech Wielkich Świętych. Stąd kolejny obowiązkowy Punkt to Katedra Ormiańska oraz Cerkiew Przemienienia Pańskiego. O ile Cerkiew posiada moim zdaniem bardzo tandetny wystrój, którego kolorystyka jest wręcz zaskakująca - połączenie błękitu, mięty oraz fiołka, które daje efekt powiedzmy eufemistycznie - niepoważny, o tyle Katedra Ormiańska jest najcudowniejszą świątynią w tym pełnym kościołów, katedr i cerkwi mieście. We wspomnianej cerkwi, jest ikonostas, co warto podkreślić bowiem bardzo niewiele zaadaptowanych biznatysko-ukrainskich świątyń w byłych katolickich kościołach je posiada.
Katedra ormiańska, robi piorunujące wrażenie, Polecam zapukać do małego kiosku z pamiątkami, wewnątrz świątyni po lewej stronie, przeważnie siedzi tam mężczyzna przypominający z twarzy świętego Franciszka, jeśli się go poprosi opowie historię Ormian i ich związki z miastem Lwów aż po dzisiejszy dzień. Słucha się go doskonale, mówi pięknie po polsku i jest niezwykle życzliwy, warto wysłuchać jego opowieści i wrzucić kilka groszy na rzecz katedry do skarbony, albo tez podać je do ręki do okienka miłej Pani. Pieniądze idą na utrzymanie wspólnoty ormiańskiej oraz renowacje katedry.
Osobiście jestem pod niesłabnącym wrażeniem malowideł Jana Henryka Rosena z 1925-29 roku, szczególnie Pogrzebu św. Odeona, to obraz magiczny, nieobiektywnie uważam go za najcudniejsze lwowskie dzieło.
Spod targu książki już nie daleko na szczyt kopca Unii Lubelskiej skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto, bajecznie majaczą nad nim wszystkie wieże kościołów najróżniejszych wyznań, ależ można się rozmarzyć...
Na szczycie spodobało m się tak bardzo, że następnego dania już do południa byłam tam po raz drugi i podziwiałam tym razem w pełnym słońcu widok na to urzekające miasto.
Najpiękniejszym wspomnieniem z tego wyjazdu będzie jednak dla mnie wizyta w kościele świętego Jury. Nie chodzi mi tu o barokową architekturę, sklepienia czy malowidła. Trafiliśmy przypadkiem na msze, świątynia ta jest obrządku grecko-katolickiego, więc gimnastyczne wygibasy wiernych były dla mnie nie lada zdziwieniem, przez moment poczułam się jak na jakimś treningu wysiłkowym, nie zaś w świątyni. Zresztą nie trudno się tak poczuć gdy co chwila, przez przeszło 30 minut wierni padają na twarz, utrzymując sie dłuższą chwile w pozycji pompki i wracają ponownie do pionu. Byłam absolutnie zaszokowana tym mistycznym obrządkiem, który przyszło mi z pozycjo intruza obserwować w skupieniu. Na pewno nigdy nie zapomnę tego doświadczenia, osobiście jestem pełna podziwu, dla fizycznej sprawności zgromadzonych w światyni ludzi. Nie to jednak sprawiło, że będzie to jedno z piękniejszych momentów, lecz kobiecy głos, któremu wtórował chór, a całe jego brzmienie - sprawiało, że czułam jakby przeniesiono mnie w inny wymiar, te anielskie głosy nadały jakiegoś nieznanego mi do tej pory, mistycyzmu tej chwili, czyniąc ją absolutnie magiczną! Polecam odwiedzić świętego Jurę o godzinie 17, być może również uda Wam sie trafić na tę mszę...
W zeszłym roku ( tu ) nie udało mi się zobaczyć wszystkiego. Mieliśmy tylko dwa dni a przeciw nam był 30 stopniowy mróz i bardzo krótki dzień. Teraz mieliśmy cudowną pogodę, a ja byłam bogatsza o zeszłoroczne doświadczenia, umiejętniej komponowałam trasę i postoje, bogatsza też byłam o kontekst jaki zapewniły mi zeszłoroczne i tegoroczne zajęcia z historii sztuki renesansu i baroku, dzięki którym odkrywałam Lwów na nowo. Momentami może trochę zatruwając życie moim współtowarzyszą życie informacjami na temat - charakterystycznych dla danego stylu zdobień, okuć i form. Co mam nadzieje było dla moich znajomych interesujące i pożyteczne:)
Mieliśmy kilka dni by ogarnąć miasto, ponieważ tempo było naprawdę dobre w dwa dni zwiedziliśmy wszystkie dostępne w mieście atrakcje. Nie odwiedziliśmy tylko Lwowskiej Galerii Sztuki w pałacu Potockich, przypuszcza, że zrobiłam to z premedytacją by mieć powodu ( Istotny powód ) by wrócić do tego miasta!
Mimo, iż w zeszłym roku zwiedzaliśmy intensywnie, wielu rzeczy nie udało nam się zobaczyć. W tym roku nadrobiłam zaległości z nawiązką. Żeby się nie powtarzać, zwrócę szersza uwagę tylko na te obiekty, które widziałam w tym roku po raz pierwszy, bądź właśnie teraz zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Nasze mieszkanie mieściło się na Doncowej - bocznej odnodze Łyczakowskiej, dlatego też zwiedzanie rozpoczęliśmy od Arsenału Miejskiego pochodzącego z XVI wieku. Wewnątrz mieści się dziś Lwowskie Muzeum Historyczne oraz fantastyczna knajpka o specyficznym klimacie "Katownia" nawiązująca do historii tego miejsca, które od 1799 roku było więzieniem.
Tuz obok Arsenału mieści się klasztor i kościół Bernardynów, który pełni obecnie rolę bizantyjko-ukraińskiej cerkwi św. Andrzeja. Świątynia ta uznana została za najpiękniejszą w całym Lwowie. Wiąże się z tym osobliwa historia, wizytacji króla Zygmunta III Wazy, który uznał, że obiekt jest zbyt skromny, opinia ta spowodowała wzrost ambicji możnych fundatorów, którzy pragnęli zaimponować władcy. Efektem tego niezwykły kościół, którego największym atutem jest fasada. Jest on trzykondygnacyjny, dolne piętro jest renesansowe, środkowe zachowane zostało we włoskim stylu a ostatnie stanowi wspaniały przykład manieryzmu z dekoracyjnym szczytem przypominającym flamandzki renesans. Aby wzmocnić efekt - dodano dzwonnice tak zwana campaniele, Wszystkie te zabiegi łącznie z figurami matki Boskiej i Św Piotra po bokach i Chrystusa w środku, zdobiącymi fasadę przednia tworzą niezwykłe wrażenie.
Osobiście fasa robi na mnie większe wrażenie niż wnętrze kościoła. Generalnie większe wrażenie robi na mnie historyczność tego miejsca, stając przed przepiękną fasadą nie tylko przezywamy estetyczne doznania ale i duchowe, wiedząc, że z tego własnie miejsca ruszyła moskiewska wyprawa Dymitra Samozwańca, a także w tym miejscu w 1648 roku wybrano na wodza armii Jeremiego Wiśniowieckiego, a także to tu rozpoczął się kondukt żałobny wielkiego mistrza Artura Grottgera. Wszystko to tworzy niezwykłą aurę wokół tej świątyni, dziś przemianowanej na cerkiew. Ołtarz pozostał niezmieniony, we wnętrzu nie ma ikonostasu, dołożono jedynie kilka ikon. Jak na warunki polskie, i polskie możliwości XVIII wieczne iluzjonistyczne malarstwo na sklepieniu robi kolosalne wrażenie. Malowidło ukazuje Świętą Trójcę apoteozę św. Franciszka Serafickiego oraz innych zakonników. Niestety moja zeszłoroczna wyprawa do Rzymu uczyniła mnie bardziej wymagającą wobec renesansowych i barokowych twórców bezlitośnie ukazują wszelkie mankamenty w słabszych i bardziej prowincjonalnych wyrobach. Trudno nie być w XVIII wieku prowincjonalnym w zestawieniu z Rzymem, tak więc widok Apoteozy św Ignacego Loyoli - który od tamtej pory nosze w sercu jako jedno z najbardziej estetycznych wspomnień w życiu, niszczy wrażenie jakie zapewne zrobiłaby na mnie ta apoteoza, gdybym nie znała rzymskiego mistrzowskiego wykonania i nie widziała na własne oczy tamtej palety barw. Tu obraz jest interesujący, jednak mdły a proporcje gdzieniegdzie zaburzone. Aby móc zobaczyć kościół w środku najlepiej wybrać się tam popołudniu. w godzinach dopołudniowych jest godzinna przerwa na sprzątanie. 11-12 czy też 12-13.
Stąd już tylko kilka kroków do Katedry Łacinskiej, idziemy ulicą halicką do góry mijając po drodze pomnik legendarnego założyciela Lwowa, ojca sławetnego Lwa od którego pochodzi nazwa miasta, oraz zabytkowy tramwaj, którzy ma przypominać, że to własnie tu po raz pierwszy w tej części Europy uruchomiono ten środek komunikacji. Obecnie mieści się w nim kawiarnia.
Katedra Łacinska robi zawsze wielkie wrażenie, zaraz za nią mieści się kaplica Boimów, która w tym dniu była zamknięta. Jedna dzięki informacji jakie uzyskaliśmy od pana handlującego pocztówkami oraz mapami na rynku, udało nam się dostać do środka następnego dnia. Kaplica bowiem jest zamknięta na czas zimy, otwierają ją dopiero w kwietniu zamykają już w październiku. Dlatego też warto korzystać z takich okazji będąc w mieście zimom, szczególnie w niedziele - przyjeżdża tu wiele wycieczek wówczas kaplica jest otwarta od godziny 12 do 14 należny pukać głośno do środka, przy sporej dawce szczęścia może udać się wejść do środka samodzielnie bez większej wycieczki, koszt to 5 UHA wrażenia są bezcenne, już fasada Kaplicy Boimów daje nam niesamowite estetyczne odczucia, wnętrze co wrażliwszych może doprowadzić do prawdziwej ekstazy.
Kaplica często jest pomijana przez niewprawionych turystów, bowiem jest ona ukryta na tyłach Katedry jest to jedyna pamiątka po istniejącym niegdyś w tym miejscu cmentarzu założonym, z rozkazu Józefa II w XVIII ze względów sanitarnych został przeniesiony za miasto. XVII -wieczna kaplica została wzniesiona przez zamożną rodzinę węgierskich kupców zamieszkujących miasto, nazywana była Kaplica Ogrojcową. Dziś przyłączona została do szeregowej zabudowy miejskiej. Jest to późnorenesansowa kaplica, której fasada może przywodzić na myśl bardziej zdobiony ikonostas, ukazujący u góry mękę pańską a w niszy postacie apostołów Piotra i Pawła. Ogromne wrażenie robi błękitna kopuła, którą zdobią kasetony z rzeźbionymi głowami świętych, o spersonalizowanych rysach, które poświadczają pogłoskę jakoby mieszkańcy użyczali twarzy świętym.
Zaraz obok zrobiono zabawne miejsce pocałunków, które powoli staje się kultowym miejscem pielgrzymek zakochanych, chcących pocałować się pod znakiem:)
Rynek niezmiennie robi ogromne wrażenie. Mimo, iż Kraków jest mi osobiście bliski, lwowski rynek uważam za najpiękniejszy. Ma w sobie niezwykły czar i urok. Każda kamienica ma własną barwną historię. Bez wątpienia najpiękniejszą jest kamienica z numerem szóstym - tak zwana Królewska, inaczej nazywana Małym Wawelem. Dziedziniec arkadowy nasuwa jednoznaczne skojarzenia z wawelskim dziedzińcem, stanowiąc jakby jego miniaturkę. Wejście kosztuje 5 UHA, Możliwość robienia zdjęć 25 UHA.
Gdy udało nam się odnaleźć wszystkie kamienice o oryginalnych historiach ( pomocna przy tym była mapa panoramiczna, wydana po polsku, którą sprzedaje pan krążący po rynku, ( swoja drogą, świetnie mówiący po polsku), skierowaliśmy się ulicą Staropigijską do dawnego kościoła Dominikanów, zaprojektowanego w XVIII wieku przez Jana Witta. Osobiście jestem pod niesłabnącym wrażeniem fasady tego kościoła. Jest to jedna z najbardziej okazałych barkowych świątyń tego miasta.
Na zewnątrz zaatakowaliśmy posąg Nikifora Krynickiego, a nas w ramach równowagi zaatakowali Ukraińcy próbujący wyłudzić od nas 20 UHA na zdjęcie z białym gołębiem.
Zaraz za kościołem Dominikanów przy ul. Podwale mieści się urokliwe targowisko, gdzie można kupić książki w przeróżnych językach, stare gazety, pamiątki po związku radzieckim oraz militaria związane z niemieckimi oddziałami SS czy Wermachtu. Miejsce to ma swój niezwykły klimat. Są tu same starocie, nie ma tu tandetnych ozdób produkowanych w Chinach, czy laserunkowych obrazów o wątpliwej estetyce, które zdażają się często na targowisku za Cerkwią Przemienienia Pańskiego, tuz pod Teatrem Narodowym.
Nad targowiskiem wznosi się pomnik Iwana Fedorowa, rosyjskiego i ukraińskiego drukarza, który jako pierwszy drukował cyrylicą. W zeszłym roku nieco przedrzeźniałam Fedorowa zdjęcie poniżej :)
Katedra ormiańska, robi piorunujące wrażenie, Polecam zapukać do małego kiosku z pamiątkami, wewnątrz świątyni po lewej stronie, przeważnie siedzi tam mężczyzna przypominający z twarzy świętego Franciszka, jeśli się go poprosi opowie historię Ormian i ich związki z miastem Lwów aż po dzisiejszy dzień. Słucha się go doskonale, mówi pięknie po polsku i jest niezwykle życzliwy, warto wysłuchać jego opowieści i wrzucić kilka groszy na rzecz katedry do skarbony, albo tez podać je do ręki do okienka miłej Pani. Pieniądze idą na utrzymanie wspólnoty ormiańskiej oraz renowacje katedry.
Osobiście jestem pod niesłabnącym wrażeniem malowideł Jana Henryka Rosena z 1925-29 roku, szczególnie Pogrzebu św. Odeona, to obraz magiczny, nieobiektywnie uważam go za najcudniejsze lwowskie dzieło.
Spod targu książki już nie daleko na szczyt kopca Unii Lubelskiej skąd roztacza się bajeczny widok na całe miasto, bajecznie majaczą nad nim wszystkie wieże kościołów najróżniejszych wyznań, ależ można się rozmarzyć...
Na szczycie spodobało m się tak bardzo, że następnego dania już do południa byłam tam po raz drugi i podziwiałam tym razem w pełnym słońcu widok na to urzekające miasto.
Najpiękniejszym wspomnieniem z tego wyjazdu będzie jednak dla mnie wizyta w kościele świętego Jury. Nie chodzi mi tu o barokową architekturę, sklepienia czy malowidła. Trafiliśmy przypadkiem na msze, świątynia ta jest obrządku grecko-katolickiego, więc gimnastyczne wygibasy wiernych były dla mnie nie lada zdziwieniem, przez moment poczułam się jak na jakimś treningu wysiłkowym, nie zaś w świątyni. Zresztą nie trudno się tak poczuć gdy co chwila, przez przeszło 30 minut wierni padają na twarz, utrzymując sie dłuższą chwile w pozycji pompki i wracają ponownie do pionu. Byłam absolutnie zaszokowana tym mistycznym obrządkiem, który przyszło mi z pozycjo intruza obserwować w skupieniu. Na pewno nigdy nie zapomnę tego doświadczenia, osobiście jestem pełna podziwu, dla fizycznej sprawności zgromadzonych w światyni ludzi. Nie to jednak sprawiło, że będzie to jedno z piękniejszych momentów, lecz kobiecy głos, któremu wtórował chór, a całe jego brzmienie - sprawiało, że czułam jakby przeniesiono mnie w inny wymiar, te anielskie głosy nadały jakiegoś nieznanego mi do tej pory, mistycyzmu tej chwili, czyniąc ją absolutnie magiczną! Polecam odwiedzić świętego Jurę o godzinie 17, być może również uda Wam sie trafić na tę mszę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












