sobota, 25 lutego 2012

Rzymskie kościoły

Przyznam szczerze oszalałam, pierwszy raz motywem przewodnim wyjazdu był dla mnie renesans i barok, to one zdominowały moje myśli i zaciągnęły mnie to dziesiątek świątyń, które powaliły mnie swym architektonicznym kunsztem na kolana. Poniżej kilka moich ulubionych.
Apoteoza świętego Ignacego Layoli 
Apoteoza św. Ignacego Layoli/ kościół Santa Prassede
Bajeczna apsyda u świętego Jana na Laterianie

Sklepienie w Il Gesu


Santa Maria dell Popo
Cudowna apsyda w kościele Saint Maria in Trastevere
  

 Saint Pietro in Montori/ Santa Maria in Trastevere
 Saint Andrea della Valle 

Starożytny Rzym - wczoraj i dziś, moja refleksja na temat podroży w czasie...

Cała ta wyprawa do Rzymu przypomniała mi pewną historię z przed 4 lat kiedy to antyczny świat był dla mnie czymś niezwykle ważnym i osobiście bliskim.




Cztery lata temu, gdy chodziłam do maturalnej klasy w moim odrażającym liceum, przytrafiła mi się historia, która w pewien sposób zmieniła mnie i moje życie. Czasem niepowodzenia, nawet te tragiczne, są najlepszym co może nam się w życiu przydarzyć. Jednym z takich punktów zwrotnych mojego życia, była lekcja pokory, którą dostałam jako prezent gwiazdkowo-noworoczny...




Moja Rzymska Przygoda
Zacznijmy jednak od początku, moim odwiecznym marzeniem było odkąd pamiętam studiowanie na Uniwersytecie Jagielońskim. Nie da się ukryć, że dostanie się tam jest problematyczne jeśli nie ma się znajomości, nie kończy elitarnego liceum, nie ma się ponad 90 procent z matury bądź nie jest się olimpijczykiem. Ponieważ nie widziałam szans na 90 procentowe wyniki, znajomości nie posiadam, liceum elitarne (choć by chciało), nie jest, postanowiłam więc spróbować swoich sił w olimpiadzie  historycznej i.. przeszłam do drugiego etapu! Nigdy nie byłam tak szczęśliwa, oszalałam z radości, mój życiowy cel stawał się co raz bliższy. Ustaliłam więc sobie grafik i przez całe święta Bożonarodzeniowa aż do 5 stycznia miałam zamiar pracować jak wół. I faktycznie tak było, spalam przez cały czas maksymalnie każdego dnia 3,5 godziny, dowiedziałam się, że jestem w stanie znieść więcej niż bym się po sobie spodziewa, a wszystko dlatego, że miałam w tym wszystkim cel, niezwykle silną motywacje. Nawet na Wigilie zrobiłam sobie jedynie 2 godzinna przerwę. Wszystko podporządkowałam jednej myśli - by zrealizować  plan. Niestety 3 stycznia na dwa dni przed olimpiada zadzwonił telefon. To była moja nauczycielka, która chciała poinformować mnie, że źle odczytała wiadomość, która przyszła do szkoły i jednak okazuje się, że nie zostałam zakwalifikowana do kolejnego etapu. Nie umiem wyrazić co wtedy czułam. To był największy cios jaki w tym momencie można było mi zadać. Podporządkowałam cale życie tej jednej myśli, której uczepiłam się jak rzep... a wszystko okazało się zgubne. Odchorowałam to oczywiście. Brak snu, totalne fizyczne i umysłowe wyczerpanie organizmu dały mi się we znaki. Pamiętam, że na odtrutkę czytałam Dżumę, chorując na duszy i ciele razem z cierpiącymi w Oranie na zarazę..




Jednak po co o tym tu opowiadam? Ponieważ te 3 tygodnie, które spędziłam nad książkami, były czasem, mojej najintensywniejszej przygody z Rzymem. Uczyłam się bowiem, wszystkiego co dotyczy starożytnej historii Wiecznego Miasta. Każdego społecznego zjawiska, każdej daty, bogów, architektury, wojen... Starożytny świat Rzymian, przez te 3 tygodnie był mi bliższy niż cokolwiek innego na świecie.



Marzenia nie spełnione na czas
Marzyłam wówczas o odwiedzeniu tego miasta, jednak nie miałam takiej możliwości, ani finansowej ani w ogolę życiowej. Wówczas jeszcze nie znałam, tanich lotów, hosteli i samotnego podróżowania, wszystko to było dopiero przede mną. Rzym wydawał mi się wiec jakimś niedoścignionym marzeniem. Wyobrażałam sobie każdej nocy z utęsknieniem jak będzie cudownie, gdy polecę do tego Wiecznego Miasta i zobaczę to wszystko. Zobaczę Imperialny Rzym i odnajdę wśród tych ruin i zgliszczy jego heroiczna historie.



Jaki z tego morał?
Dobrze, że wówczas nie odwiedzam tego miasta, dobrze, że nie było mi to dane. Bowiem, miasto to zapamiętane zostało by przeze mnie jako wielka kupa kamieni, być może jedno z największych życiowych rozczarowań. Odwiedzać Rzym by szukać wśród ruin antycznego świata nie jest dobrym pomysłem...



Gdzie szukać Starożytnego Rzymu?
Cały Starożytny klimat to Forum Romanow, które naprawdę wymaga od widza sporej wyobraźni by móc w jakikolwiek sposób odtworzyć jego  historię i starożytne kształty. Sypiący się Amfiteatr Flawiuszy (Koloseum) oraz Termy Dioklecjana, czy Circus Maximus to naprawdę prawdziwe ruiny, za sprawą, których nie sposób nawet będąc historykiem wyobrazić sobie potęgę tego wielkiego miasta.






Po co więc odwiedzać Wieczne Miasto?
Dobrze więc, że przyjechałam tu w innym celu. Swoją drogą jak na mnie zupełnie nowym - pragnęłam odwiedzić wszystkie kościoły wczesnochrześcijańskie, renesansowe i barokowe, które omawiane były na moich zajęciach z historii sztuki. Przyznam szczerze, nigdy nie interesowała mnie sztuka tych epok, a kościoły były dla mnie złem ostatecznym. Po egzaminie ze sztuki nowożytnej zaszła pewna zmiana w moim sposobie postrzegania sztuki. Nauczyłam się docenia piękno każdej z epok i zapragnęłam zobaczyć cuda architektoniczne z rożnych krańców świata. Porównać je z nabytą wiedzą oraz przeżyć na własny sposób ich estetyczne piękno. Tak też mniej więcej wyglądała w skrócie moja wizyta w tym mieście, w którym priorytetem było odwiedzenie dziesiątek najważniejszych świątyń tego miejsca.




Refleksja na temat podróży (Dopisek z 28.08.2013)
Przypuszczam, że zwiedzanie ze mną tego miasta, nie było dla mojego partnera łatwe. Obecnie (gdy pisze te wspomnienia 28.08.2013) sama nie wyobrażam już sobie powtórki z tej podroży. Dziś nie czuje już tego pragnienia zobaczenia wszystkiego! Dotknięcia każdego eksponatu, przeanalizowania każdego obrazu i rzeźby. Obecnie po raz kolejny zaszła we mnie i moim sposobie postrzegania podróży zmiana, ale o tym w nowszych tekstach tego bloga. Ubolewam nad tym, że tylko częściowo w starym szkolnym zeszycie spisałam wspomnienia z tej podroży. Przypuszczam, że nie uda mi się w pełni oddać pasji z jaką oddałam się kontemplacji renesansowej oraz barokowej sztuki, która dziś nie jest już dla mnie czymś tak ważnym ani tak ekscytującym jak w tym jednym jedynym momencie, na który udało i się trafić i przeżyć go w pełni w tym jedynym w swym rodzaju mieście, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako miejsce gdzie poczułam fale euforii patrząc na iluzjonistyczne malarstwo - przedstawiające Apoteoze św. Ignacego Layoli oraz dekoracje kościoła Saint Andrea della Valle czy tez najpiękniejszego kościółka w całym Rzymie - Świętej Marii na Zatybrzu.





Była to dla mnie podroż ważna, bo pod wieloma względami pionierska i na pewno zawsze będę wspominać ją z rozrzewnieniem.

Rzym, refleksja na temat latania!


Jak ? Dlaczego? i Po co?

We wrześniu mieliśmy odwiedzić dwa miasta, które śnią mi się po nocach i o których marze od lat: Barcelonę i Paryż... Niestety nie udało się, z powodu restrykcyjnej diety i szybkiego powrotu do starych nawyków żywieniowych trafiłam do szpitala z ostrym zapaleniem trzustki ledwo wychodząc z tego żywo. Hospitalizacja uniemożliwiła mi podroż. Przez cała jesień pracowałam nad nowym systemem żywienia i powrotem do normalnego życia. Lot gdziekolwiek nie był wskazany, musiałam bowiem bardzo uważać, każda niewłaściwie dobrana potrawa mogła zaciągnąć mnie z powrotem na sale szpitalną i przypiąć do kroplówki. Dopiero po pół roku mój organizm zregenerował się na tyle, bym mogła gdzieś wyruszyć. Dlatego mogliśmy odbyć podroż do Lwowa i wykupić okazyjne bilety do Rzymu. Raz na zawsze pożegnałam biura podroży, całość zaaranżowałam kupując bilety przez WizzAir oraz Booking.com. 

Jednak za nim tam dotarliśmy na miejsce, czekała nas mała przygoda w samolocie. Pierwszy raz byłam pewna, że cała historia nie skończy się szczęśliwie... Powyższe zdjęcie, to jeden z widoków, które po pierwszym entuzjastycznym ujrzeniu stały się dla mnie katorgą. Samolot z powodu złych warunków atmosferycznych, nie mógł wylądować. Pilot poinformował nas, że mamy paliwa na pół godziny i przez ten czas będziemy krążyć nad miastem licząc na poprawę widoczności. Zdarza się, wszystko rozumiem, jednak po  ponad godzinie, wiszenia w powietrzu i zataczaniu trzynastego kółka nad miastem, byłam naprawdę przerażona. Płakałam jak male dziecko wyrzucając sobie, że ... Nie napisałam do tej pory powieści, o której marzyłam od dzieciństwa. To naprawdę traumatyczne uczucie, gdy ma się świadomość, że czeka się na śmierć.. Człowiek nagle uświadamia sobie swoje własne błędy oraz poznaje prawdziwe pragnienia. Nie ukrywam, że ten moment stał się dla mnie w pewnym sensie punktem zwrotnym w życiu. ( nie powieści jeszcze nie ukończyłam :P)

Na szczęście udało się nam wylądować, choć nie było to wymarzone lądowanie! Pilot bez ostrzeżenia poderwał samolot i osadził na ziemi. Po wylądowaniu przez pół godziny dochodziłam do siebie. Nigdy nie klaskałam tak głośno jak wówczas gdy poczułam grunt pod nogami.:) 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Rzym - jedzenie!

 Do Rzymu można przybyć z miliona rożnych powodów. W książce "Jedz, módl się i kochaj", którą miałam okazje przeczytać w zeszłe lato, (wówczas nie miałam pojęcia, że odwiedzę wieczne miasto za kilka miesięcy)  bohaterka odwiedza Rzym by uczyć się włoskiego, ale przede wszystkim by jeść! Przez cztery miesiące regeneruje swoje siły, odpoczywa, włóczy się bez planu uliczkami i je! Ciągle wszędzie je! Nie da się ukryć, że też jest to jakiś pomysł... Szczerze powiedziawszy nie mogłam zrozumieć, dlaczego autorka - tak zmarnowała te cztery miesiące.


 Jednak będąc już na miejscu byłam dla Elizabeth bardziej wyrozumiała... Jedzenie jest obłędne. Wszystko co można zjeść w prawdziwych włoskich lokalach jest cudowne! (odradzam fast food'y i tureckie speluny). Lody smakują niewyobrażalnie cudownie, maja intensywny smak i doskonałą konsystencje. Ja jadłam kawowe, śmietankowe, mus truskawkowy i tiramisu ... i mogłabym jeść tak w nieskończoność, ale zdrowy rozsądek nakazywał umiar! Niesamowite jest oczywiście włoskie Tiramisu o cudownej kremowej masie i mięciutkich biszkopcikach. Odradzam kupno tiramisu we włoskich sklepach spożywczych - przetrzymywane w zamrażalce, jest dobre, ale nie różni się niczym od tych, które można znaleźć w polskich sklepach. My zafundowaliśmy sobie takie tiramisu w kawiarence na Zatybrzu, Włoch zapytany o tiramisu, wyciągnął je z zamrażalki i odgrzał w mikrofali, ja wpakowałam je do torebki i przez 1,5 czekaliśmy aż odmarznie. Udało nam się do niego dostać dopiero po przejściu całego Zatybrza i wejściu na Janikulam. Tam z widokiem na cały Rzym zjedlismy "puszkowane ciasto", które nas rozczarowało. Na szczęście jeszcze tego samego dnia, znaleźliśmy uroczą knajpkę w, której dostaliśmy prawdziwy włoski deser! Całe szczęście bo wróciłabym do polski z przekonaniem, że samemu w domu można zrobić lepsze...:)


Rzymskie Wakacje

Cudowne Rzymskie Wakacje w środku polskiej zimy! Mam tyle refleksji, że boje się, że w tym momencie jedyne co mogę wydać z siebie to bełkot będący pomieszaniem wszystkich odczuć jakie przychodzą mi na myśl, gdy myślę o tym mieście. Zacznę od pewnego uproszczenia, tak w kilku klatka zdjęciowych mogłabym opisać nasze 7 dni w tym wiecznym mieście:














a później tematycznie spróbuje podejść do tego miasta o wielu twarzach...

piątek, 10 lutego 2012

Powrót i ostanie lwowskie refleksje

Jeśli dotrzeć do Lwowa nie było najłatwiej, nietrudno zgadnąć  że wrócić było jeszcze trudniej:) Nie tylko z powodu wielkiego sentymentu jaki nabyłam do tego miejsca, które na stałe znalazło miejsce w moim sercu, ale również z powodów bardziej pragmatycznych... takich jak brak prądu  nieżyczliwi Ukraińcy  brak rozkładu jazdy czy 35 stopniowy mroź, który naprawdę utrudnia oddychanie! 

Ale powolutku...  Cała przygoda zaczyna się w naszym mieszkanku, z widokiem na to skromne wewnętrzne podwóreczko. Okropnie głośny budzik zrywa nas z łózka o godzinie 5, wszędzie jest ciemno,  Ola energicznie podnosi się z łóżka i uderzeniem ręki w włącznik światła wybija prąd  Zaczyna się frajda w pakowanie po ciemku, oświetlamy pokój telefonami komórkowymi i jedną zdobyczną latarką. Jeszcze tylko szybkie gotowanie wody do termosu, kanapki na drogę z przepysznego ( nawet na drugi dzień) ukraińskiego chleba i biegniemy na tramwaj.  Temperatura w mieszkaniu niewiele rożni się od tej na klatce schodowej. Wszędzie jest cholernie zimno. Biegiem zmierzamy przez zupełnie śpiące, pogrążone w mroku miasto, mijając ostatni raz katedrę łacińską, pomnik Teresa Szewczenki i radośnie zatrzymując się po naszym biego-marszu o 6 rano na przystanku tramwajowym  Niestety umieszczony na wysokości ponad 2 metrów rozkład nie jest dla nas czytelny, zresztą połowa, jego treści została przez kogoś pożyczona na wieczne nieoddanie, ciężko więc dojść do tego czy coś jechało, ma zamiar pojechać  czy nie przyjedzie nigdy. Każda chwila czekania w 33 stopniowym mrozie wydaje się być ostatnią w życiu! 


Cmentarz Łyczakowski i Orląt Lwowskich

Podczas naszego całodziennego zwiedzania, odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski, wizyta ta była dla mnie niezwykle ważna, dlatego postanowiłam poświecić mu osobny wpis. Gdziekolwiek jestem, zawsze staram się odwiedzić cmentarz, to miejsce mówi mi wiele o ludziach, którzy żyli i żyją na danym obszarze, stan nagrobków, nazwiska, stan zachowania cmentarza, wszystko to jest dla mnie cenną wskazówką by zrozumieć i poznać odwiedzane miejsce. Jednak tu na tym cmentarzu, pojawiłam się z powodów bardziej osobistych, chciałam odwiedzić kilkoro niezwykle ważnych w polskiej historiografii ludzi. Wybrałam  się tu przede wszystkim dla Marii Konopnickiej i jej partnerki życiowej Marii Dulembianki.





Cmentarz robi piorunujące wrażenie,pomimo, że  romantyczny Łyczaków jest diametralnie rożny od wojskowego cmentarza Orląt Lwowskich, obydwa tworzą razem niesamowity kompleks nekropoli, który przypuszczam, pozostaje w pamięci, nawet najbardziej obojętnego turysty.
W kaplicy cmentarnej, na szczycie wojskowego cmentarza orląt lwowskich, zawsze czuwa jakiś przedstawiciel Lwowskiej Polonii, gotowy by opowiedzieć o tragicznych historiach poległych i bestialskiej dewastacji tego miejsca w powojennym okresie. Trudno słuchać tych historii bez wzruszenia. Wychodząc stąd, ciężko wyzbyć się refleksji niestety bardzo nacjonalistycznej i rewizyjnej... że to wszystko przecież polska ziemia, Polacy, polska kultura w panierce ukraińskiej mistyfikacji... ( ach nie powinnam tego mówić głośno)


Historia bywa przewrotna, tuż obok cmentarz Orląt Lwowskich, Ukraińskie władze założyły Ukraiński Cmentarz Wojskowy, tak wiec, ludzie z przeciwstawnych sobie obozów, niejednokrotnie mierzący do siebie, obecnie spoczywają obok.