piątek, 20 września 2013

Ukraińska Kuchnia

Ponieważ jeszcze ciągle walczę z kilkoma zbędnymi kilogramami po naszym rosyjskim maratonie pochłaniania trzydaniowych obiadów o 2 w nocy (własnie wróciłam z 5 kilometrowego porannego biegu, daje rade:)), a takie porcje jedzenia jak te poniżej, zobaczę - jak świnia niebo:) Więc w ramach retrospekcji, zapraszam Was na naszą Lwowską wyżerkę i kilka moich refleksji na temat ukraińskiej kuchni, smacznego! (wcześniejsza relacja z Lwowa tu)

Byłabym okropnym kłamczuchem gdybym napisała, że od zawsze próbuje lokalnych specjałów i porównuje potrawy zjedzone w rożnych miejscach. Tak naprawdę dopiero w zeszłym roku właśnie we Lwowie po raz pierwszy skupiłam się na tym co jem, a w tydzień później w Rzymie utwierdziłam się tylko w przekonaniu (mało odkrywczym - przyznaje bez bicia), że nie można w pełni poczuć klimatu miasta, gdy nie próbuje się lokalnych specjałów. Dlatego w tym roku z wielka radością odwiedziłam po raz drugi restauracje U Pani Stefy , gdzie zjadłam dokładnie to co w zeszłym roku - potrawę której smak śnił mi się po nocach, doskonałe pierożki ruski z idealnym sosem grzybowym oraz najprawdziwszy ukraiński barszcz, pełen startych warzyw, z pływającą wkładką z ( nie jestem pewna) cielęciny oraz łyżką śmietany na wierzchu. Lokal U Pani Stefy znajduje się w samym centrum, na Prospekcie Swobody ( dawnych Wałach Hetmańskich) w przepięknej secesyjnej kamieniczce. Mimo, ze jest to ścisłe centrum nie jest drogo, ceny są rzekłabym zjadliwe( pierogi ruskie 22 UHA, sos ( osobno) 12 UHA, ukraiński barszcz z wkładką 15 UHA)





Drugim miejscem wartym polecenia jest Puzata Chata - Ukrainskie Jadło, ( ul. Strzelców Siczowych 9, na skrzyżowaniu z ul. Kościuszki)  jest to sieciówka z ukraińskim jedzeniem, podobno popularny ukraiński fast food ze zdrową żywnością. Nie wiem jak jest z jej powszechnością, jednak popularny jest bez wątpienia, byłam w nim o rożnych porach dnia i za każdym razem był pełny, a wolnych stolików w dwupiętrowym lokalu było zaledwie kilka.

W tym roku postanowiłam zaszaleć i wypróbować niemalże wszystko co mają w menu. Moi towarzysze podroży Krzysiek i Ola mieli ten sam cel, więc zamawialiśmy wszyscy coś innego ( jest to lokal samoobsługowy chodzi się samemu z tacą i nakłada jedzenie, każda porcja to 100 gram i tak tez jest wyceniana). W zeszłym roku nie byłam zachwycona tym miejscem, spróbowałam jednak tylko kilku rzeczy, teraz jednak jestem pod niesłabnącym wrażenie tej knajpy i okropnie żałuje, że nie mamy takiego lokalu w Katowicach, bo zapewne jadłabym tam studenckie posiłki ( oczywiście gdyby były w tych cudownych ukraińskich cenach!)


 Mięso wieprzowe z grzybami i serem - coś na kształt sznycla ale mniej tłuste i dużo smaczniejsze, polecam zdecydowanie. Mięso nie ocieka tłuszczem a grzyby w środku dodają smaku. ( 11 UHA)
 Do mięsa polecam te przesmażane ziemniaczki, są genialne, co prawda mi brakowało trochę przypraw, którymi doprawia takie ziemniaki moja Mama :) ale i tak polecam. ( 10.50 UHA)


To nie mięso, to deser! Mały serniczek o jedwabistej gąbczastej konsystencji, który rozpływa się w ustach! Z zewnątrz posypany jest płatkami kukurydzianymi, co ważne nie jest bardzo słodki. Do sernika jak i wielu innych deserów można dostać łyżkę kwaśnej śmietany ( 7 UHA)

To zdecydowanie mój faworyt! Mimo, że w domu staram się nie jeść czerwonego mięsa, nie mogłam się oprzeć temu z zewnątrz przypominającemu pizze daniu. To cudo zamówione pierwszego dnia przez Krzysia to mięciutka wołowina na której ułożone są duszone warzywa, szczególnie pomidory, cebulka i pieczarki, na to ser, choć mi osobiście wydawało się, że czuje smak jajecznicy z pomidorami, nie jestem pewna, czy nie ma tam tez jajka. To potrawa doskonała i bardzo sycąca, dlatego tez podczas drugiej wizyty zamówiłam ją bez wahania! Cena mniej więcej 15-18 UHA
Miodownik, wygląda pięknie, ale w smaku nie zachwyca. Masa jest lekko kwaśna, jakby cytrynowa, a ciasto ma posmak sody i przypomina nieco marchewkowy tort. Jak dla mnie rozczarowanie, zdecydowanie odradzam (9 UHA)
Desery to to co lubię najbardziej, więc ich spróbowałam najwięcej. U góry po lewej mały okrągły serniczek z rodzynkami. Niestety nie jest najlepszy. Jest bardzo tani ( 3,90 UHA) ale przy tym twardawy, mało słodki i bez smaku.
Co innego naleśnik obok, idealna konsystencja. Mięciutki, wręcz jedwabisty, wewnątrz  fantastyczny mus z przesmażanych jabłek z cynamonem. Gorąco polecam, aż mi ślina cieknie na jego wspomnienie. ( 6 UHA)

Zdecydowany faworyt wśród deserów: Napoleon ( 9 UHA). Smakiem przypomina nieco naszą karpatkę jednak w smaku jest dużo lepszy. To ciasto którym jest przełożona masa jest nie słodkie więc całość mimo dużej ilości masy nie jest muląca, a masa sama w sobie jest bardziej maślana niż karpatko-wa przypominająca budyń.


Następnego dnia pozwoliliśmy sobie znowu na mała rozpustę. Tym razem nasz wybór padł na sprawdzone dzień  wcześniej potrawy oraz kilka nowości.

Ten makaron przypominający krewetki, jest oblany czymś w rodzaju krewetkowego sosu, dobry ale bez rewelacji. ( 11, 90 UHA)
Zupa kompletnie bez nazwy, zapomnieliśmy rozszyfrować co to, w smaku tez bez szału, trochę grzybów, trochę fasoli, jednak ni to rosół, ni grzybowa ni tym bardziej fasolowa :)
To żaden lizak, to pyszna mięsna przekąska mi osobiście przypominająca trochę kaszankę, a trochę przesmażaną białą kiełbaskę, bez względu na to co to jest - jest to pyszne ( 8,90 UHA)
To kolejne podejście do naleśników, tym razem z serem, konsystencja ciasta tak jak przy wcześniejszych, nadziewanych musem jabłkowym, genialna. Farsz jednak nie był już tak dobry jak ten jabłkowy. ( 8,90 UHA)
To danie to mój kolejny faworyt. Może jestem nieobiektywna, bo obok ziemniaków z kwaśnym mlekiem uwielbiam najbardziej leczo i strogonowa - a ten sos smakiem nieco przypominał moje leczo. Jednak wszystkim nam smakował, wiec chyba obiektywnie rzecz biorąc był naprawdę dobry! Danie bardzo proste duszona cebulka z pieczarkami zwykłymi i marynowanymi, oraz papryka, chyba również pod dwoma postaciami konserwowej i zwykłej. Całość dawała genialny efekt, polecam (18 UHA)


A to nasza trójka pojedzonych szczęśliwców:)
Jeśli mówimy o ukraińskich specjałach nie można zapomnieć o alkoholu. Ukraińskie piwa są po prostu pyszne! Szczególnie polecam piwo Lwowskie, jest przepyszne. W supermarkecie litr piwa kosztuje 10,90 UHA!


warte wspomnienia są oczywiście ukraińskie bajeczne lokale, ale o nich  opowiem innym razem...

środa, 18 września 2013

Petersburg vs Helsinki, czyli refleksja na temat miast marzeń...

Zanim zacznę moją ( w miarę) chronologiczną relację z trzytygodniowej podróży po państwach nadbałtyckich, Petersburgu i Helsinkach, chciałabym podzielić się z Wami moją refleksją na temat osobistych oczekiwań względem naszych wyśnionych, wymarzonych ( a tym samym często wyidealizowanych) miejsc, które pragniemy zobaczyć. Refleksje mają to do siebie, że dobre są tylko na świeżo, później smakują jak odgrzewane kotlety...



Petersburg - moje wyśnione miasto, które nie istnieje
Czasem marzymy o jakimś miejscu tak długo i tak intensywnie, że urasta w naszych głowach do niebotycznych rozmiarów. Przeżywamy w snach spacery po tym mieście i literacko błądzimy bo jego krętych ulicach tchnąc ostry zapach stęchlizny każdego zaułka, który w naszych stęsknionych umysłach urasta do rangi najdroższych perfum. Wszystko to ma samo w sobie ma tyle czaru i magi, że często nie wytrzymuje porównania z rzeczywistością (tak jak  Daisy, która podczas spotkania po latach, wielokrotnie przegrywała z wyobrażeniem samej siebie, jakie stworzył we własnej głowie Wielki Gatsby).



Na podstawie tego przykładu chciałabym opowiedzieć Wam historię dwóch miast: Petersburga i Helsinek. Pierwsze z nich, jest jednym z tych o których śniłam po nocach, którego brzmienie doprowadzało mnie do palpitacji serca i które bliskie mi było z powodu literackich wycieczek, w które zabrał mnie z sobą wiele lat temu Dostojewski, pozwalając obserwować niecny występek Raskolnikowa oraz zeszłej zimy Tołstoj, który odsłonił razem z tajemnicami alkowy Anny Kareniny również i sekretery petersburskiej ulicy.
Ciągła obecność tego miejsca w historii, spiętrzenie nazwisk, wydarzeń, zabytków sprawiły, że postawiłam wysoko poprzeczkę temu miastu.



Rozczarowanie?
Czy jestem rozczarowana? Nie sądzę. Petersburg po prostu okazał się inny niż ten, który powstawał od lat w mojej głowie. Nie sądzę by było to złe, to miasto było po prostu zupełnie inne.
Rozczarowała mnie tylko podróż śladami Dostojewskiego. Plac Sienny opisany skrupulatnie przez pisarza, nie ma dziś nic wspólnego z literacką fikcją. Co prawda w dalszym ciągu znajduje się tu targ jednak nie ma w nim za grosz romantyzmu. Są to plastikowe pozbawione uroku baraki, które kolą w oczy z daleka. Po za tym jednym incydentem myślę, że Petersburg mimo wszystko ma w sobie to coś.

Piotrogród  paradoksalnie pomimo piętrzących się tu splotów doniosłych wydarzeń z historii Rosji, nie jest zbyt rosyjskim miastem. Jest bardzo europejski. Czuć tu bliskość Europy i pragnienie podążania za zachodem. Kanał na You Tube „Rosja to nie kraj to stan umysłu” nie znajduje odzwierciedlenia na Petersburskich drogach, które niewiele odbiegają od tych Warszawskich czy Krakowskich. Jeśli ktoś szuka tu prawdziwej dzikiej Rosji, to na pewno będzie rozczarowany, jeśli natomiast chce zobaczyć europejskie miasto naznaczone historią powinien znaleźć coś dla siebie.

Skąd się bierze mit Petersburga?
Gdyby nie możliwość spędzenia na couchsurfingu, tych ośmiu dni u prawdziwych rdzennych Rosjan pewnie nigdy nie dowiedziałabym się co sprawiło, że Petersburg do dziś uchodzi za jedno z najpiękniejszych miast świata. Rozmowa z znajomymi naszego hosta Żory, a przede wszystkim z Nikitą i Nastą, którzy gościli nas przez ostatnie 4 dni naszego pobytu w tym mieście, pozwoliły mi zrozumieć jak ważnym miastem dla samych Rosjan jest Piotrogród. To będzie w tym przesady, gdy powiem, że to prawdziwe wyśnione Eldorado dla obywateli Rosyjskiej Federacji. To marzenie milionów Rosjan móc zamieszkać w tym mieście, które napawa ich dumą z powodu burzliwej historii i niemalże europejskich warunków życia. Jednocześnie to dla większości marzenie nieosiągalne, bowiem, żeby moc zamieszkać w Petersburgu będąc Rosjaninem, należy starać się o specjalną zgodę na pobyt stały w tym mieście. Restrykcyjne przepisy mają chronić to drugie co do wielkości miasto, 143 milionowej Rosji, od przeludnienia. W rzeczywistości jednak, prowadzi to do sytuacji, w której pokaźny odsetek Rosjan, mieszka i pracuje w tym Eldorado nielegalnie. Oficjalnie podawana ilość mieszkańców - oscylująca wokół 5 milionów ludzi jest wiec mocno zaniżona.



Dopiero słuchając opowieści Nikity i Nastii zrozumiałam jakie to miasto jest dla nich ważne, jak kochają je i jak bardzo są dumni, że mogą w nim żyć. 

Helsinki.
W przeciwieństwie do Petersburga, nie stawiałam zbyt wielkich wymagań Finlandzkiej stolicy. Czytałam wcześniej dziesiątki relacji na rożnych podróżniczych blogach i portalach i wszędzie powielała się podobna informacja, mówiąca, że to miasto w którym nie ma zbyt wielu atrakcji, które nie zapada w pamieć i na którego zwiedzenie wystarczy zaledwie pół dnia. Gdy wyruszyliśmy o 7, 30 rano z Tallinna promem w stronę Helsinek, nie zakładałam wielkiej fascynacji. Cieszyłam się jak dziecko pierwszą w życiu podróżą ogromnym turystycznym promem i jak pięciolatka ganiałam od burty do burty łapczywie tchnąc każdy widok, oddalającego się lądu i z euforia witając wszystkie fińskie wysepki, które pojawiały się wraz z zbliżaniem do brzegu. Widok był niesamowity.

Dziecięce zauroczenie Finlandią
Cieszyłam się okropnie tą pierwsza wizytą na skandynawskiej ziemi. Wiele lata temu byłam wielką miłośniczką Finlandii, zaczytywałam się w Kalevalii, fińskiej historii i wszystkim co dotyczyło tego tajemniczego dla nie kraju, którego język, miał być tym, który zainspirował Tolkiena do wykreowania Elfickiego. Fascynacja ta z czasem ustąpiła, zostało jednak słodkie wspomnienie tej krótkiej miłości, które pozostawia po sobie słodki ślad, jak dziecięce zauroczenie, które wspomina się z rozrzewnieniem i pobłażliwym uśmiechem na ustach. Taki właśnie miałam stosunek do Finlandii i Helsinek, gdy stałam na mostku promu i z dziecięcą ekscytacją wypatrywałam lądu, niczego od niego nie oczekując.




Wiele czynników sprawia, że jakieś miejsce staje się dla nas wyjątkowe. Luźne podeście, piękna pogoda, dobry nastrój, dopasowane towarzystwo oraz dobre jedzenie, wszystko to może sprawić, że dane miejsce okaże się wyjątkowy, nawet jeśli na mapie światowych metropolii nie jest najjaśniej żarzącym się punktem. 



Helsinki moja nowa miłość
Helsinki skradły moje serce. Podczas całej naszej podróży czekałam na moment, w którym jakieś miejsce urzeknie mnie bez reszty, tak że aż zapragnę tu wrócić, bądź nawet zamieszkać...
Nie spodziewałam, się że to w Helsinkach poczuje się jak w domu. Ostatni raz takie wrażenie zrobił na mnie Londyn, który za każdym kroku fascynował mnie swoimi urokliwymi uliczkami i niezwykłą atmosferą. 

To miasto ma własny styl
Fińska stolica nie jest duża, jest jednak niezwykle urokliwa nie skłamię mówiąc, że jest jednym z najbardziej inspirujących miejsc w jakich byłam. To miasto ma swój własny styl. Na każdym kroku spotykamy odważnie ubranych ludzi, których wizerunek mimo niezwykłego nieraz miksu kolorów doskonale komponuje się z miastem, jest właściwie idealnym jego uzupełnieniem.

Prawdą jest, że miasto to nie ma zbyt wielu historycznych atrakcji, nie jest też obdarzona sznurem architektonicznych perełek, jednak czy to ważne? Petersburg na każdym rogu, w każdej uliczce czy parku posiada jakiś obiekt naznaczony historią, właściwie nie da się przejść 100 metrów by na coś historycznego nie natrafić, jednak mimo tego historycznego i architektonicznego bogactwa nie wytrzymuje porównania z tą niewielką skandynawską stolicą, która po prostu ma osobowość!



To miasto nowoczesne, niezwykle zadbane i pomimo braku historycznej starówki, czy spójnej architektonicznie zabudowy, bardzo estetyczne. Powiedziałabym wręcz w mistrzowski sposób eklektyczne. Przede wszystkim jest to miasto stworzone dla ludzi. Parki, ławki, deptaki, komunikacja miejsca, wszystko stworzone po to by dawać radość, ułatwiać życie i zachęcać do życia na mieście i korzystania z miejskich atrakcji. 



Zakochałam się w praktyczności Skandynawów. Uwielbiam ich miks luzu i praktyczności. Design jaki tworzą eklektycznie zestawiając z sobą stare i nowe przedmioty o zadziwiająco prostej formie, naprawdę zwala z nóg! 


 Miasto za sprawą rozlicznych atrakcji jakie oferuje swoim odwiedzającym, ale i przede wszystkim tubylcom, potrafi zatrzeć brak przytłaczającej ilości zabytków. Jak dla mnie Helsinki to jedno z wymarzonych miejsc do życia! Targ staroci, klimatyczne uliczki z kamienicami z początku XX wieku, koncerty uliczne, ludzie jedzący kolacje na schodach prowadzących do katedry, bajeczne zielono-żółte tramwaje, czy niekończąca się ulica sklepów z niezwykle inspirującym designem oraz starociami. Wszystko to sprawia, że Helsinki, (chociaż w życiu bym je o to nie podejrzewała, po obojętnym nastawieniu z jakim je odwiedzałam, nabytym po lekturze podróżniczych blogów) zyskały stałe miejsce w moim sercu, Petersburg natomiast strącony został z piedestału miast marzeń, do szeregi zwykłych atrakcyjnych turystycznie miast, które warto odwiedzi raz w życiu.



niedziela, 15 września 2013

Kędzierzyn, bitwa o twierdze Koźle 1807

W weekend zupełnie nieoczekiwanie, trafiłam na dwudniowy event  organizowany w Kędzierzynie Koźle. Nigdy nie byłam w tamtych stronach, nie zastanawiałam się więc ani przez chwile, postanowiłam sobie na początku tego roku, że nie przeoczę już żadnej okazji by zobaczyć coś nowego. Zapaliłam się, więc jak dziecko do tego pomysłu:)





 Przyznam jednak szczerze, że po pierwszym rekonesansie w googole grafika, przestałam pałać zapałem do tego wyjazdu. Rynek jest naprawdę nieciekawy, ciężko jest dopatrzeć się w tych skromnych murach czegoś ujmującego... Nie okłamujmy się Kędzierzyn to prawdziwa dziura. Jednak festiwal, na który trafiłam - był cudowny! Pierwszego dnia miałam okazje wysłuchać koncertu Kamila Bednareka, który na żywo jest równie świetny jak w telewizji, drugiego natomiast uczestniczyć w wielkiej napoleońskiej bitwie. Cały festiwal - związany był z cykliczną imprezą "VII Dni  Twierdzy Koźle".




Na rynku było ponad stu żołnierzy w XVIII i XIX wiecznych mundurach z czasów napoleońskich!  Okazało się, że nasze noclegowe miejsce znajduje się w budynku przylegającym do tego fantastycznego obozowiska - zupełnie imitującego te z 1807 roku. Wstałam wcześnie rano i niczym w amoku przemierzałam te cudowne historyczne pole namiotowe , w którym każdy szczegół idealnie oddawał klimat doby napoleońskiej. Pierwszy raz miałam okazje z bliska zobaczyć prawdziwą rekonstrukcję.





Nie mogłam się napatrzeć na doskonale odszyte mundury i ogromne zaangażowanie uczestników, którzy poświęcają się bez reszty tej imponujące pasji. Krążyłam od rana po obozowisku, obserwując jak wiernie rekonstruktorzy naśladują XIX wieczne realia. Gotując nad ogniem i śpiąc w płóciennych namiotach. Gdy stanęłam na tym bajecznym obozowisku, poczułam się jakbym odbyła podróż w czasie, a otaczające mnie obozowisko nasunęło mi na myśl te z Dumy i Uprzedzenia bądź z kultowego juz dziś serialu - Północ Południe, opowiadającego o Wojnie Secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Byłam zachwycona!

Sama bitwa była odtworzona na niezwykle wysokim poziomie, pirotechnicy spisali się na medal, płonęły stogi z sianem, a oryginalne XVIII wieczne działo wystrzeliwało co chwila z ogromnym hukiem, żołnierze padali na mokrą trawę, a całości pompatycznego nastroju dodawała wojskowa orkiestra, która odgrywała na bębnach wzruszające tony.




Wieczorem po całej bitwie, miałam okazje odbyć niezwykłą dyskusje z panem Markiem i panem Piotrem pasjonatami, którzy od 7 lat zajmują się rekonstrukcją historyczną, którzy dzięki tej pasji odkryli w sobie źródło wiecznej młodości oraz nieskończoną inspiracje do działania i rozwijania się. Panowie zaskoczyli mnie swoją ogromną wiedzą historyczną, ich pasja mobilizuje ich do ciągłego dokształcania się w dziedzinie wojen napoleońskich oraz historii militariów. Samo zaś hobby stało się przyczyną wielu przygód, które nigdy by ich nie spotkały gdyby nie zaangażowali się w tą pochłaniającą bez reszty pasje. Nie przypuszczałam, że rekonstrukcje odbywają się niejednokrotnie co weekend w rożnych miejscach Polski. Panowie więc tyle co wrócili spod Legnicy, Srebrnej Góry czy Ulm, za miesiąc ruszają na 200 rocznice bitwy narodów pod Lipskiem i szykują już zimowe płaszcze na grudniową wyprawę pod Austerlitz.

Uwielbiam ludzi z pasją, słuchałam ich z ogromną uwagą i zaangażowaniem nawet nie wiem kiedy minęło nam na tej rozmowie przy herbacie z mlekiem przeszło 3 godziny! Mam nadzieję, że nasze drogi przetną się jeszcze na tych szlakach, które stanowią podroż nie tylko w przestrzeni, ale przede wszystkim w czasie.



Na koniec dodam, tylko, że jestem tylko kobietą i nie mogłam przestać zachwycać się męską posturą w tych bajecznych mundurach. Ileż bym oddała za taniec w rytmie XIX wiecznego walca z mężczyzną w takim mundurze! :D