piątek, 16 maja 2014

Święta w Oslo

Po nocnej gadaninie, ciężko było wstać, wiec o 10,30 zwlekliśmy się z łózka, odgrzałyśmy przyszykowane wcześniej świąteczne śniadanie. I ubrane w nasze wyjściowe sukienki, zasiadłyśmy do naszego świątecznego posiłku. Polskie produkty przywiozłam z z Londynu, gdzie z łatwości można kupić je w polskich sklepach, bądź na polskich pólkach w angielskich supermarketach. Tym sposobem, moje ukochane pierogi z Biedronki ( kupione w angielskim Sainsburrym), oraz krokiety, polska kiełbasa i żurek trafiły na nasz stół:)





Po cudnej polskiej uczcie, wybraliśmy się całą trójką do muzeów, które w większości w niedziele oferują darmowy wstęp. Na pierwszy ogień poszło National Gallery, gdzie z pragnęłam zobaczyć jeden z najsłynniejszych obrazów świata. Norweski genialny ekspresjonizm w wykonaniu Edwarda Muncha, zaklęty w jego „Krzyku”.

wtorek, 13 maja 2014

Wystawa Dawida Hockleya, Bank Holiday - czyli słodkie nic nie robienie, lifestyle










Wszystkie banki holiday ( tak w Wielkiej Brytanii nazywa się dni wolne od pracy) miałam rozplanowane z wielkim wyprzedzeniem na te pół roku. Ten z początku maja (przypadający na 5), również był zawczasu zaplanowany. Mieli przyjechać moi najdrożsi rodziciele, jednak nie wypaliło. Później pojawiła się wizja trzy dniowej penetracji Kornwalii od Plymouth po St Ives, kilka słodkich dni żyłam tym bajecznym planem, niestety również z niezależnych ode mnie powodów nie udało się. Ostatecznie stanęło na tym, by odpocząć, również od podróżowania. Postawiłam na słodkie Epsońskie nic nierobienie, z wylegiwaniem się w ogrodzie, nadrabianiem filmowych zaległości, pisaniem postów i dłuuuugimi dyskusjami o sztuce, literaturze,  w tym i moich Kossakach)i gender studies z najlepszym towarzystwie Oskara. Z niewieloma osobami mogę godzinami roztrząsać sprawy z natury, dla zwykłych śmiertelników nużące, jak wątpliwe istnienie romantycznych cech w polskim malarstwie XIX wiecznym, czy tez zupełnie bez spięć analizować społeczny wydźwięk feministycznych wystąpień i działań na polskim i europejskim gruncie nurtu gender ( gdy jednocześnie na zmianę gotujemy). Wszystko to zakropione dużą ilością angielskiego cydru i przegryzione świetnym jedzeniem, którego przyrządzanie było zabawą, na którą oboje na co dzień nie mamy czasu.

sobota, 10 maja 2014

Oslo - mix instagramowy

Gdyby mój instagram działał ( a własciwie działał telefon) to mozaika zdjęć z telefonu wygladała by wlasnie tak. Dziś niezobowiązująco pokazuje jak przez pryzmat zwykłego wyjazdowego, nieco studenckiego zycia, wyglądał nasz szalony wypadł. Czyli Akademik, suchy prowiant i nocne pogaduchy

moje ulubione zdjęcie które najlepiej podsumowuje ten wypad/ najlepsze święta wielkiej nocy w życiu:)
 pyszna kawa "żołędziowa"/ mina Karoliny na myśl o prażonych żołędziach:)/ latające świąteczne pierogi/ ostatni pozegnalny skyr
 Piągle pije: najlepszy szwedzki cydr/ maślanka na pomoście/ kawę żołędziową dwa razy poproszę
 kontempluje bo lubię:)
no i wielkie leżakowanie, wszędzie gdzie się da:) na pomoście/ na leżakach/ znów na pomoście podczas świątecznej uczty no i w akademiku nocne pogaduchy


jak święta to tylko na bogato:) krokiety, pierogi i jaja na pomoście/ nocne gotowanie na najbrudniejszej kuchence w Norwegii/ latające pierogi/ owsianka, która ratowała z opresji

Jak wygląda akademik? Kuchnia/ szafki/  Zrozum norweski będziesz mistrzem nei- taak? wtf?/


Akademik/ okolica/ wejście główne/ Pokój Grzegorza

To z czym Oslo będzie mi się przede wszystkim kojarzyć: leżakowanie! Pełen relaks na deskach promenady
No i łamiemy zasady:)

Niechlubna jazda na gape/ tajne przejścia/ ukrywanie cydrów na statku/ picie wina do śniadania:)

piątek, 9 maja 2014

Oslo: Cmentarz, street-art, królewska farma, skocznia Holmenkollen i skyr

Oslo to tak naprawdę przytulne małe miasteczko. Chociaż w oczach Norwegów, jawi się ono jako wielka metropolia (w sumie nie trudno się im dziwić, to największe miasto w Norwegii, w który skupia się większa część przemysłu oraz żyje aż 11% procent całej ludności, czyli około 600 tysięcy ludzi). Dla przybyszów, z innych części Europy, którzy na co dzień żyją chociażby w cieniu Krakowa, miasto to wyda się jednak malutkie. Korzystanie z komunikacji miejskiej nie jest więc zupełnie potrzebne (my zrobiłyśmy to tylko raz, chcąc przetestować norweskie metro, ale o tym szarzej na końcu).






Spokojnie można przyjechać tu i cieszyć się spacerami, po mieście, bowiem nogi zaprowadzą nas wszędzie i pozwolą spenetrować miasto na wylot, nie forsując się przy tym zbytnio.Tym sposobem drugiego dnia odwiedziłyśmy cmentarz, część miasta ze starą drewnianą zabudową, obeszłyśmy miasto z północno-zachodniej strony na północny wschód gdzie idąc wzdłuż kanału dotarłyśmy w stronę południa, odkrywając street- artowe perełki. Popłynęłyśmy stateczkiem na drugą stronę  fiordu, gdzie obeszłyśmy właściwie całe turystyczne południe, by jeszcze tego samego dnia dotrzeć na najdalej na północny- zachód ulokowany turystyczny cypel - skocznie Holmenkollen. Wszystko to nieśpiesznym tempem z długimi przerwami na cydry i leżakowanie na promenadzie. Zapraszam Was na ten ( wielkosobotni) spacer.


czwartek, 8 maja 2014

Relacja z Oslo dzien 1- cz. II - Akker Brygge, Park Vigelanda i antykwariaty









( część pierwsza - tu) Zachwycone nowoczesną zabudową obeszłyśmy całą, niedawno ukończoną część nadbrzeża ( Akker Brygge), nie przestając na przemian wyrzuca z siebie achów i ochów. 

środa, 7 maja 2014

Relacja z Oslo. dzień 1, cz. I

Nawet nie myślałam, że w tym roku uda mi się trafić do Oslo. To by prawdziwy łut szczęścia, gdy opublikowałam posta z  moimi planamil na najbliższe pół roku, znajomy, który waśnie mieszka w norweskie stolicy, zaproponował bym dołożyła do listy to miasto. Nie trzeba mi powtarzać dwa razy takich propozycji. Chwile później kupiłam bilet i od lutego cieszyłam się wizją spędzenia wielkanocnych świąt w Oslo. Gdy, ruszyłam z moją Karolą do Cardiffu podzieliłam się z nią swoimi planami i jeszcze w tej samej chwili, korzystając z wi-fi w megabusie, kupiła bilet. I plan na doskonałe święta by już gotowy!







Po tej pierwszej radości, naszło mnie trochę zwątpienia, z każdej strony słyszałam pełne zdziwienia pytania, Oslo? Boże to takie drogie miasto! Stać Cie na to? A co tam będziesz robić!? Święta? Jak możesz w święta- nie lepiej do Polski?
Co prawda nie jestem podatna na wpływy, ale ekonomiczne aspekt tej wyprawy, zaczął mnie nieco martwić, nie chciałam wydać tam krocia, liczyłam raczej na niskobudżetowy wypad, z jedzeniem w torbie, kanapkami na drogę i pierogami z polskiego sklepu na świątecznym stole. Byłam też pełna obaw co do pogody, do torby więc (mimo optymistycznej prognozy 16-18 stopni i bez chmurnego nieba) trafiły wełniane skarpety, czapka i rękawiczki.

wtorek, 6 maja 2014

Lodnyn inaczej: spacer śladem architektury alternatywne: Barbican Center i twórczość Sir Gills'a Gilberta

W zeszły weekend odwiedzili mnie moi zajomi, których poznałam na wyprawie na Nordkapp, fantastyczna para podróżników, którzy na co dzień zajmują się architekturą, która pochłania ich i inspiruje. Ich odwiedziny były dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Ewa z Tomkiem, przyjechali w konkretnym celu, prezentując mi listę, raczej mało turystycznych obiektów, które podczas, kolejnej już wizyty w mieście, chcieli zobaczyć by przyjrzeć się ich oryginalnej formie. Gdy usłyszałam brutalizm, ciarki przeszły mi po plecach i nie były to dreszcze oburzenia, ale ekscytacji. Jestem oswojona z tego typu architektonicznymi wariacjami, wychowana w cieniu katowskiej architektury, nad którą przez lata górował (świętej pamięci) dworzec, stworzony własnie w tym oryginalnym i przede wszystkim rzadkim stylu. Potrafię docenić interesujące rozwiązania, które mimo braku oczywistego piękna niosą z sobą pewne przesłanie, a przede wszystkim funkcjonalizm.







Architektura nad Tamizą
Odwieliśmy więc stojący nad Tamizą Teatr Narodowy, który miał swoje mięć minut w jednej z ostatnich części Bonda ( o czym poinformowała mnie Ewa). Zahaczając po drodze o Tate Modern, skąd najlepiej można podziwiać nowoczesna architekturę, dokładnie oznaczona na tablicach widokowych balkonów. Tate nie było ostatnim dziełem Sir Gilles'a Gilberta, które tego dnia odwiedziliśmy. Słynny architekt, choć niewielu turystów jest tego świadomych, jest nie tylko autorem Tate Modern oraz wielkiej elektrowni Battlesa, ale i również najsłynniejszego londyńskiego symbolu - czerwonych budek. Ten twórca, w szczególności, dający upust swojej twórczości w architekturze industrialnej, jest autorem dwóch Londyńskich elektrowni, które dzięki modzie na renowacje poprzemysłowej architektury, zyskały nowe życie.


sobota, 3 maja 2014

Święta w Polskiej Szkole/ 3 Maja

Wszystkie święta w Polskiej Szkole mają swój własny wymiar. Bez względu na to, czy myślę, o świętach Wielkiej Nocy ( tu pełna fotorelacja)  czy 3 Maja. Tu na obcej ( jakby nie było) ziemi, inaczej mówi się o niepodległości, o rodzimych tradycjach, od co po prostu o polskości, która jest czymś mniej oczywistym, a jednoczesnej bardziej pożądanym. Nieuchwytna, nienamacalna Polskość, zyskuje tutaj niemiar namacalną formę, w czystej wykładni tradycji, kultury, obyczajów, o których w taki dosłowny sposób nie mówi się w Polsce, przyjmując za pewnik  znajomość większości tradycji i ich kultywowanie. Co wydaje mi się z zasady błędnym założeniem, tak naprawdę dopiero tutaj podczas apelu w Polskiej Szkole w Londynie, pierwszy raz wysłuchałam pełnej historii, obrządków i polskich tradycji, związanych z świętem wielkiej nocy.





Po za tym, gdy widzi się  ten wyraz zdziwienia, na twarzach dzieci, które wszystko zadziwia, a później w wyniku lawiny pytań i kłopotliwych odpowiedzi, jakich przychodzi nam udzielać, ten uśmiech zrozumienia na małych twarzyczkach, To sama razem z nimi mam wrażenie, że odkrywam jakiś nowy wymiar prawy, jakiś nieznany, niezbadany ląd, do którego udało nam się wspólnie dopłynąć. 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Walencja, w poszukiwaniu faller i ich ukrytego znaczenia. Fallas cz. 3

Każdy kolejny dzień Fallas, był dla mnie podróżą w głąb Hiszpańskiej, a raczej, Walencjańskiej kultury. Najlepszym sposobem na poznanie, jest obserwacji. Dlatego też, gdy tylko udało nam się wczesnym popołudniem zerwać z łózka niczym skowronkom, udaliśmy się na spacer, symetrycznymi uliczkami Walencji, po za ścisłym centrum, krążyliśmy, w poszukiwaniu kolorowych Faller. 

O czym mówią fallery?
Każda z nich miała do opowiedzenia własną historie, za sprawą, której można wedrzeć się do głowy przeciętnego Walencjanina, zrozumieć jego problemy, niepokoje, niechęci i pragnienie reform. Po kilku kolejnych spotkaniach z Fallerami, łatwo było wysunąć konkretne wnioski na temat ich życia. Przede wszystkim, król nie cieszy się tu ( mówiąc bardzo eufemistycznie) zbyt wielkim poważeniem. Jedna z faller, mówiła nawet o koronowaniu króla, koroną z Burger Kinga, bowiem tylko na taką zasługuje.. Temat polityki, przewija się praktycznie w każdej fallerze. Może jedynie dziecięce są od nich wolne, chociaż, przypuszczam, że nie jeden artysta i tam próbuje „upchnąć” swoje poglądy, może w trochę mniej oczywisty sposób, ale mam wrażenie, że wszędzie są one obecne.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Publikacja - Wywózka




Czasem udajemy się w podróż mimo własnej woli. Podczas lektur traktujących o traumatycznych wydarzeniach, jak wojna, czy holocaust mimo osobistych pragnień odczuwamy na własnej skórze chłód, na najmniejszy szelest reagujemy przyspieszonym tętnem, zaciskającym się żołądkiem i spojrzeniem wylęknionego wariata. Im wyższy nasz współczynnik empatii, tym głębiej, silniej, mocnej zatracamy się w fabule. Literacka fikcja staje się naszym teraźniejszym światem, a my, w niezauważalnym dla nas momencie, dostajemy zadyszki uciekając razem z bohaterem, którym mimo woli staliśmy się miedzy 1, a 10 zdaniem pierwszej strony.

Jestem z gatunku tych szczęściarzy, ( i nieszczęśników zarazem) , którzy bezdennie zatracają się w literackim świecie, często błądząc i nie mogąc powróci przez długie godziny do rzeczywistości.
Ten poziom empatii daje niesamowite wrażenia, życia w wielu wcieleniach, dziesiątkach epok i setkach istnień. Staje się jednak niezaprzeczalnym utrapieniem gdy chcemy przebrnąć przez jakiś tekst, zachowując dystans i rzeczowe, logiczne, niezmącone emocjami spojrzenie.

Z tym kalibrem przyszło mi się mierzyć, mniej więcej rok temu, gdy pochylałam się nad kwerendą  wydawanego na Śląsku"Górnika" z lat 1989-1991, gdzie publikowana były listy Ślązaków deportowanych do ZSRR.

Niewiele myśląc dałam się władować do tych bydlęcych wagonów, z bezdechu i głodu, mdlejąc, jechałam razem z więźniami. Zamarzałam na kość i odchodziłam od zmysłów, ciągle jadąc razem z nimi, w nieznana mi stronę, pełna obaw i żalu, czując jak opuszczają mnie siły i ostatnie nadzieje. Przelewałam łzy nad listami córek, które utraciły ojców, oraz żon, które myślały, przez lata, że zostały porzucone, gdy mąż nie dawał znaku ,życia. Truchlałam nad relacjami tych, którzy przeżyli i zdecydowali się udzielić wywiadu do parsy.

Moim zadaniem było przeanalizowanie sprawy deportacji górników do Związku Radzieckiego, w powojennej Polsce. Sprawa niemalże dziewicza. Temat artykuły zlecony prze Instytut Pamięci Narodowej, jak dla mnie zupełnie nietypowy. Na co dzień pochylona nad historią kobiecą, kulturą, obyczajowością przełomu XIX i XX wieku oraz modą kobiecą i jej socjologicznym wydźwiękiem, nagle trafiłam w czasy mi obce. A zwiewne  fatałaszki zastąpił jednoznaczny pasiak. Wpadłam z tego swego słodkiego dekadenckiego światka, w prl-owską zawieruchę, wprost w ludzkie, najprawdziwsze dramaty.

Czytałam te listy, wspomnienia, wywiady i relacje i truchlałam, przeżywałam ludzkie dramaty silniej niż się tego po sobie spodziewałam. Tym bardziej, że miałam w rekach prawdziwą historię, ludzi z własnego  śląskiego podwórka, żyjących w ostatnich dziesięcioleciach, których tragedia wydarzyła się tuz obok miejsc, w których bywałam w Polsce na co dzień.



W pierwszym odruchu chciałam pisać o emocjach, o cierpieniu i stracie. Musiałam oswoić się z tematem. Przyswoić sobie cierpienie drugiego człowieka. Potraktować je jako fakt i statystyczną daną. Właśnie tej chłodnej kalkulacji i rzeczowej analizy wymagało ode mnie zadanie.
Starałam się jednak mimo, to przemycić ludzki czynnik, nie zabić empatii, bez której tracimy człowieczeństwo, tak niezbędne przy historycznej analizie. Mam nadzieje, że udało mi się wśród statystyk i bezosobowych licz, udało mi się przemycić historie prawdziwych ludzi.

Zachęcam do lektury, mój artykuł ukazał się własnie w publikacji, wydanej nakładem Instytutu Pamięci Narodowej, pt "Wywózka", premiera miała miejsce w zeszłym tygodniu. To smutna podróż, ale warta odbycia. Zawsze lepiej być świadomym tego co ludzie maja za paznokciami, tym bardziej nasi sąsiedzi.





.
Ps. Niewiele rzeczy w życiu daje taką radość, jak widok ( na razie jedynie przez kamerkę na skype) własnego nazwiska wydrukowanego na białym pachnącym papierze, nowiutkiej publikacji!

więcej o książce:
IPN - Wywózka