piątek, 27 marca 2015

Londyn - nieemigracyjny.

Nie przypuszczałam, że wizyta w Anglii sprawi mi tyle radości. Przez pierwsze miesiące po powrocie z Londynu, pryskałam jadem na samo wspomnienie angielskiej bylejakości. Potrzebowałam trochę czasu, by nabrać dystansu do własnych doświadczeń z czasów życia w na wyspie. Anglia tylko na mapie wydaje się być częścią Europy. ta prawda wyniesiona z podstawówki, na miejscu, wydaje się zwykłą bujdą.To oderwane od reszty kontynentu miejsce, zupełnie inne niż wszystko co możemy spotkać na kontynencie, za to w całej swej inności zupełnie zunifikowane. Gdziekolwiek na wyspie się nie zatrzymamy, uderzy nas "ten sam" rząd zrośniętych z sobą domków jednorodzinnych, sklepów prowadzonych przez bengalczyków pod szyldem off licens (coś na kształt naszych monopolowych) czy kolorowych wystaw sklepowych, które  z daleka zachwycają ferią barw, z bliska zaś szokują bylejakością, zbutwiałym drewnem, odpryśniętym lakierem, brudną firaną, wszystkim tym co może brzmi kuriozalnie i małostkowo, nie jednak, gdy staję się natręctwem dnia codziennego, nie wyjątkiem a regułą, którą jak refren, czy wieczorną modlitwę powtarza każdy zakręt i wąska uliczka.



Anglia to specyficzne miejsce, jeśli tylko nie musi się tu żyć, to bardzo przyjemna alternatywa. Kilka dni urlopu na wyspie, może tylko wzmóc uczucie sympatii do angielskiej kultury i zupełnie odmiennej estetyki. Dopiero wowczas, gdy przychodzi nam ocierać się każdego dnia o tą angielską odmienność, zaczyna nas ona uwierać. To jak z sukienką na manekinie, dopóki nie musimy dopiąć wąskiego zamka i znosić ocierajacego materiału, bedzie nam wydawała się idealna. Pozostaje nam wciągnąć brzuch i życ na bezdechu, co w emigranckim języku będzie znaczyło dopasować do reguł i inności, zaakceptować ją jako swoją nową codzienność, lub wyjechać

Kochałam Anglię bardziej niż potrafi sobie to wyobrazić czytelnik, pozbawiony romantycznej duszy i skłonności do egzaltacji. Wzdychałam do angielskich wrzosowisk i kamiennych wiosek. Wszystkie najważniejsze powieści, które odcisnęły piętno na moim życiu, życiowych wyborach i osobowości, działy się na wyspie lub osadzone były w angielskiej kulturze.

Londyn był więc jednym z największych moich podróżniczych marzeń. Pierwsza wizyta w mieście, była więc czymś więcej niż kilkudniową wycieczką. .. Prawie 9 miesięcy spędzonych w tej metropolii drastycznie wpłynęły na mój stosunek do stolicy jak i całej wyspy. Tłum, brud, komunikacja miejska, ceny, jedzenie.. wszystko to doskwierało mi na każdym kroku, nie pozwalając się cieszyć codziennością.

Gdy siedzę teraz nad filiżanka latte z widokiem na st. Paul Christophera Wrena i przepiękną panoramę miasta cieszę się, że znów tu jestem w tym mieście, w którym czuje się zupelnie u siebie. Spacer utartymi szlakami. Jazda tak dobrze znanym metrem, obiad na Brick Lane,smak angielskiego cydru wizyta w Tate Modern czy jazda piętrowym autobusem... Jak szczur, intuicyjnie skręcam w kolejne uliczki, jakbym nigdy nie wyjeżdżała z tego miasta, jakby nic się nie zmieniło. Zapominając momentami, że to już nie moje miasto.. Wierze jednak, że wszędzie gdzie zostajemy na dłużej pozostawiamy jakąś cząstkę siebie. Chodząc tymi londyńskimi ulicami, odnajduję swoje dawne refleksje, zapomniane myśli, wyparte z jaźni wspomnienia. Dzięki tej sentymentalnej podróży czuję się pełniejsza.  Odzyskała ostrość widzenia i obiektywizm.


środa, 18 marca 2015

Warszawa Moja Miłość - retrospekcja

Zawsze mamy coś innego niż to co naprawdę chcielibyśmy mieć. Może więc wyda się dziwne, gdy powiem, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałam być. Mieszkam w mieście, które na ten moment, jest najcudowniejszym miejscem do życia, jakie znam. Kocham je bezgranicznie i być może to uroki fascynacji. Pierwsze miesiące miłości, gdy jeszcze ciągle odczuwa się motyle w brzuchu i palpitacje serca. Ciągle jeszcze jestem zakochana! Zauroczenie, trwa na całego, nie mówię jednak, że to ta Jedyna, że to Miłość przez wielkie M, na całe życie a wybranka nie ma wad.  Z zaślepień wyleczyłam się (mam nadzieje, na zawsze) Niemniej jednak na ten moment pragnę wam wykrzyczeć, że Warszawa jest dokładnie tym, czego chce. Nawet, jeśli co jakiś czas krąży mi po głowie myśl, że chciałabym pożyć w innym dużym mieście i pojawiają mi się przed oczyma, Paryż, Wiedeń, Helsinki, a od niedawna i Berlin, przypominam sobie swoje rozczarowanie Londynem. Miasto to urzekło mnie bez reszty, nasze pierwsze krótkie, ale niezwykle intensywne spotkanie, było tym, które zapamiętuje się na całe życie. Gdyby moja noga nie stanęła na wyspie nigdy więcej, na zawsze zachowałabym w pamięci obraz miasta, w którym mogłabym żyć… Snując w głowie wizje alternatywnego życia w wielkiej metropolii. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te wizje.  




Z Warszawą jest inaczej. Im dłużej tu jestem tym bardziej ją kocham. Od stukotu kół pociągu, przez czerwono-żółte tramwaje. Połyskujące na błękitno wieżowce na Placu Bankowym i kolorowe neony. Urokliwe miejsca i klimatyczne knajpki.
Im dłużej tu mieszkam, tym większą mam świadomość jak mało wiem o tym miejscu, jak ciągle mało ją znam. Cieszę się jak małe dziecko na myśl o weekendzie spędzonym w stolicy.
Gdy wiem, że spędzę weekend w Warszawie, wchodzę na Facebook, szukam wydarzeń w najbliższym otoczeniu, z setki dostępnych wybieram dla siebie kilka. Życie w wielkim mieście ma miliony plusów. Jednym z ich jest ogrom atrakcji. Mogę spacerować po mieście, siedzieć w kawiarniach, czytać, odwiedzać niszowe kina, dyskutować z podróżnikami, odwiedzać wystawy i grać w planszówki, próbować nowych dań z listy knajpek slow food, odwiedzać śniadaniowe targii i chodzić na spotkania literackie z artystami.

Niby nic mnie nie trzyma w tym mieście. Nie mam kredytu, rozpoczętych studiów, zobowiązań finansowych.. Nie mam nic. Mogę w każdej chwili spakować wszystko do dwóch walizek i wynieść się wszędzie. Ale nie chce! Chce tu zostać. Jest mi tu dobrze. Czuje, że to miasto ma mi jeszcze wiele do zaoferowania.

Pierwsze wrażenie jest Ważne. To była miłość od pierwszego wejrzenia. ( archiwalne zdjęcia z 2008 )

Berlin Treptow i okolice Kottbuser Tor

Poranek podobnie jak dnia poprzedniego zaczęłyśmy w milej kawiarni tuz obok. Tym razem jednak pogoda nie dopisywała. Zaopatrzone w bilet całodniowy ( 6,7 e) ruszyłyśmy na targ staroci do dzielnicy daleko od centrum. Nie umiałyśmy jednak dokładnie zlokalizować targowiska, a żadna z mijanych osób nie potrafiła nam pomóc.  Na pocieszenie kopiłyśmy więc suszi i ruszyłyśmy w stronę kolejnej dzielny której chciałyśmy się przyjrzeć z bliska.








niedziela, 15 marca 2015

Berlin - Alternatywnie: Kreuzberg

To by wyjazd bez planu. Bez zaznaczonych na mapie punktów. Bez must see. Nie miałam wielkich oczekiwań. Chciałam po prostu poczuć miasto, być tam gdzie tubylcy, zjeść tam gdzie miejscowi, bez fotek idiotek pod pomnikami ludzi, których nie znam i sá dla mnie bez znaczenia. Być niemym widzem dnia codziennego w dzielnicach, które nie mieszczą się na typowo turystycznej mapie.
Udało się. Wróciłam odmieniona. Berlin naładował mnie taką dawka pozytywnej energii, jakiej zupełnie się nie spodziewałam. Pierwszy raz od dawna jakieś miasto tak mnie zaskoczyło. Urzekło do tego stopnia, że przez myśl przemknęła wizja przeprowadzki do Berlina! Oczywiście to mrzonki, bardzo kocham Warszawę i na ten moment dobrze mi w stolicy, niemniej jednak myśl, że od Berlina jestem oddalona o kilka godzin pociągiem bądź nocny przejazd simple expresem sprawia, że cieplej robi mi się na sercu. To równoznaczne z tym, że kiedy tylko zechcę mogę spędzić tam znów kilka dni. Wykraść kilka godzin tego wszem obecnego chillu dla siebie. Nie wyobrażam sobie nie spędzić tam kilku dni w upalnych miesiącach. Już widzę się nad rzeką z kocykiem, cydrem i jakąś planszówka w towarzystwie moich najbliższych! Ach rozmarzyłam się!








Nie okłamujmy się Berlin jest kwintesencja współczesności. Wszystkim czego młody człowiek może chcieć od miasta. Jest przyjemne w odbiorze, ale nie nadęte. To miasto młode duchem, nie dookreślenie. poszukujące własnej tożsamości, nowego wyrazu. Przeorane przez historię szuka własnej tożsamości, niczym nastolatek, chce być wszystkim. Być może dlatego tak łatwo się tu odnaleźć młodym ludziom, którzy tak jak ono boją się szufladek i schematów. Na to czym jest dzis Berlin, nie mały wpływ miała gospodarka. Ogrom pustostanów, kilka ładnych lat temu był nie lada gratką dla artystów, którzy ściągali tu z rożnych stron świata, tworząc alternatywne enklawy w zastanych pustostanach. Tworzą luźne stowarzyszenia, wystawy, swoją obecnością wpływając na wygląd i charakter tego miasta. 
To nie centrum biznesowe. To również nie stolica w rozumieniu europejskim z parlamentem, białym domem, reprezentacyjną ulica handlową. To oczywiście też posiada ( jak wykazuje moja relacja z przed 4 lata) Można oczywiście zobaczyć tylko to ( i tez być zadowolonym) jest to jednak miasto, które ma o wiele więcej do zaoferowania, trzeba tylko mieć trochę odwagi, dać się ponieść jego urokowi. Pozwolić krętym, kolorowym, nieco odrapanym uliczką ponieść się gdziekolwiek. Iść bez celu przyglądać się ulicom, po prostu przyglądać się miastu i starać się je zrozumieć.
Zapraszam na pierwsza część relacji.

czwartek, 12 marca 2015

Moje ostatnie tygodnie na instagramie

Od połowy litego do połowy marca działo się wiele. Gdyby nie mój instagram ciężko byłoby mi spamiętać wszystkie wydarzenia ostatniego miesiąca. Z grubsza rzecz ujmując zaczęłam nową pracę na pięknym Muranowie w XVIII wiecznym Pałacu ( ale o tym innym razem), byłam w Berlinie, odwiedziłam rodziców w Jaworznie, byłam ciocią spędzając czas z Rudym Dzieckiem i odkrywałam kolejne knajpki z Krzysztofem w ulubionych Katowicach tym razem na tapetę wzięliśmy:  "Krystyna wraca z Wiednia" oraz Strefę Centralną.  Jaworzno zaskoczyło mnie wystawą poświęcona historii mody, a Zachęta rozczarowała ekspozycją. W Warszawie z kulturalnych wydarzeń najważniejszym było spotkanie z autorem reportażu opisującym życie na Wyspie Man, oprócz tego był nocny przejazd walentynkowym Autobusem zorganizowany przez portal GdzieNaWeekend.pl, Targi Śniadaniowe na Zoliborzu, zwiedzanie nowej Linii metra i inne atrakcje.

 Selfie w Zachęcie/ Zachęta/ Ochota poranne spacery
Mój Pałac Muranów/ Zimny luty/ Chodzę w tym samym

kawiarniane posiadówy/ Rue de Paris z wizyta u Agnieszki osieckiej/ Goście z Wiednia:*
Warszawskie spacery: Plac Zbawiciela/Kamionek, Soho Factory/ PKiN

piątek, 27 lutego 2015

Berlin retrospekcja; Jak dobrze, że dziś jestem kimś innym - refleksja o dojrzewaniu, zmianie podejścia do zabytków i podróży.


Spakowana siedzę już w busie do Berlina, zanim jednak tam dotrę chciałabym  podzielić się z Wami własną refleksją na temat podróżowania i zmian jakie (na całe szczęście) w nas zachodzą.

To nie będzie mój pierwszy raz w tym mieście. Miałam okazje zwiedzić je, bardzo szczegółowo  cztery lata temu. Nie chciałam jednak, żeby zatarły się te pierwsze wrażenia i późniejsze przemyślenia, z tym co przyniesienie kolejne wrażenie, Poniżej podsyłam więc linki do fotorelacji z niemieckiej stolicy, która głównie składa się ze zdjęć, prawie bez opisów, nie chciałam uzupełniać treści po czasie. Dziś podróżuje inaczej, nie jestem terrorystką muszącą wejść do każdej dziury - "bo inaczej się nie liczy". Nie muszę odwiedzać wszystkich muzeów i  kościołów. Dziś interesuje mnie klimat, ludzie z którymi podróżuje i których spotykam na miejscu. Lubię wiedzieć co widzę, ale świat się nie skończy jeśli tego wszystkiego wiedzieć nie będę. Nie chce kolejnych punktów na mapie. Nie liczę odwiedzanych miejsc, jestem otwarta na to co zastane w nowym miejscu. 


Berlin mimo, iż gustowałam wtedy w historycznych miastach, pełnych pięknych zabytków, na swój sposób mnie ujął. Chociaż nie potrafiłam powiedzieć czym dokładnie.Wydał mi się ogromny, choć mimo wszystko interesujący. Brak doświadczenie i obycia w podróży oraz towarzystwo człowieka, który zarażał mnie swoim niepokojem nie pozwalały mi zapuszczać się w dalekie rewiry. Nie mogłam iść po prostu przed siebie i czekać, aż coś po drodze mnie zainteresuje. Bałam się. Czego? Ciężko powiedzieć czego nie!

Przykład Berlina jest znamienny i może stanowić genialny przykład tego, jak bardzo można się zmienić i wypracować jakieś cechy charakteru, gdy tylko bardzo się tego chce. Gdy przeglądałam starą relację, napisaną tuż po przyjeździe ( znajdziecie ją tu: Berlin dzień 1) nie ukrywam, że zapłonęły mi policzki i nie był to rumieniec wzruszenia, czy dumy, a... wstydu! Tak ! Czytałam ten opis z niedowierzaniem.

Relacja napisana jak mini thriller, trzymająca w napięciu i wzbudzająca grozę, historia o tym, jak bałam się wyjść z domu, podróżować na własną rękę, a finalnie, jak bardzo byłam niezaradna i nie potrafiłam kupić biletu na metro i dotrzeć do hostelu... To właściwie historia o tym, jak bardzo chciałabym zobaczyć wszystko, ale nie bardzo potrafię się w tym wszystkim odnaleźć, jak przeraża mnie świat, który wydaje mi się zbyt wielki, jak bardzo boje się wypuścić z ręki mapę i zboczyć z wydeptanych turystycznych tras. Do tego wszystkiego, te stroje! Ogromna walizka ze stylizacjami na każdy dzień i moja twarz, która wyskakuje na każdym zdjęciu. Niestety, nie miałam z czego wybrać, gdybym chciała wrzucić tylko te  widoków, pozostała by mi ich tylko garstka.. To właśnie to o czym wspomniałam powyżej,.. Na szczęście każdy ma okazje się zmienić.

Niestety takie były początki, czasem nawet gdy bardzo czegoś chcemy przytłaczają nas własne lęki. Czasem sami,  zbyt wiele analizujemy, myślimy i martwimy się na zapas, sukcesywnie zniechęcając do działania. Innym razem, to nasze otoczenie, wysysa z nas szczęście niczym stado potterowskich denentorów, podsyca niepokój i wzbudza wątpliwości, odwodząc nas od celu i marzeń. Nie pozostaje nic innego, jak uodpornić się na opinie innych, albo odciąć od wszystkich, którzy zniechęcają nas przed realizacja naszych pragnień. 

Dziś gdy staje przed jakimkolwiek wyzwaniem, zadaje sobie pytanie: co jeśli się nie uda? Jeśli w odpowiedzi nie czyha na mnie zło ostateczne, w postaci utraty życia.  Kiwam z niedowierzaniem głową i nie zastanawiam, się. Jeśli coś pójdzie nie zgodnie z planem - to tym lepiej, tylko takie, niedoskonałe pełne anomalii historię, warte są tego by opowiadać je przy piwie, zaśmiewając się do rozpuku. 







niedziela, 22 lutego 2015

O miłości do starych samochodów - ZŁOMBOL 2015

Było o delegacjach, o Warszawie, Katowicach i innych tematach, w tym natłoku nowości i szybkim tempie życia, gdzieś umknęło mi, by pochwalić się, że w 1/4 stałam się posiadaczem prawie nowego Złomu, którym wyruszymy, razem z moimi przyjaciółmi (Matą i Jarkiem, z bloga NA PUTU oraz Karolą), w tegorocznym ZŁOMBOLU. Auto jest, co tu dużo mówić, nie przeciętnie brzydkie! Właściwie ciężko mi sobie wyobrazić, żebym przez ostatnie lata nadziała się na brzydsze! To jednak bez znaczenia, grunt, że jeździ, jest kombikiem więc pomieści nadbagaż Martuchy, a jak Jarek wykazał wyciągnie na dobrej nawierzchni nawet i 130 na godzinę! Naszym nabytkiem jest Scoda Forman z 93 roku, auto w wieku mojego Brata, ma pomóc nam dojechać na jeden ze szczytów we włoskich Alpach,  bo o to chodzi w tego rocznym rajdzie starych prl-owskich wraków. Nie muszę chyba dodawać, że cieszę się, jak małe dziecko! Powodów jest przynajmniej tuzin, by skakać z radości: kolejna wyprawa z najbliższymi, przejazd przez Bawarię, Szwajcarię i Lictenstain, miejsca, których dotąd nie miałam jeszcze okazji zwiedzić, oraz przede wszystkim niezwykła atmosfera jaka towarzyszy temu przedsięwzięciu no i stare samochody!



Babo! Jesteś kobietą, o co ci chodzi z tymi starymi wrakami! BMW to ja rozumiem, ale wraki..?? Czyli dlaczego ZŁOMBOL mnie tak kręcił? I skąd wzięła się u mnie miłość do samochodów?

To dobra okazja, żeby odpowiedzieć na te pytania. Ostatnimi czasy, często spotykam się z taką reakcją, chociaż na szczęście, jest ona rzadsza, niż zwykłe żywe zainteresowanie.

Miłość z dzieciństwa zaszczepiona przez mojego Dziadka
Nie da się ukryć, że większość pytań, które każą mi opowiedzieć o genezie, jakiś moich zachowań, przyzwyczajeń czy osiągnięć, siłą rzeczy, zaczynam od frazy: bo gdy byłam mała Mój Dziadek... 

wtorek, 17 lutego 2015

Bydgoszcz - pozytywne zaskoczenie

Wyobrażenia








Przed przyjazdem do Bydgoszczy nie wiele wiedziałam na temat tego miejsca. Cala moja wiedza bazowała na tym, co przekazali mi znajomi. Wiedziałam, że to miejsce z aspiracjami. Trochę niemczyzny, trochę nowoczesności i wizjonerskich realizacji. Nie miałam jednak wielkich oczekiwań. Bydgoszcz wydała mi się bardzo przyjemna. Co prawda stare miasto, jak to stare miasto... Bywa męczące i zbyt słodkie, a niedawno odrestaurowane elewacje kamienic doprowadzają do mdłości, czyniąc z większości polskich niegdyś miłych ryneczków, mdłe badziewie. Bydgoszcz również nie jest od tego wolna. Na szczęście, ma coś co przemawia do mnie. Tą tajną bronią jest kanał! Zagospodarowany w zupełnie nowatorski sposób. Stara zabudowa, pięknie komponuje się, z industrialnymi elementami i nowoczesną architektura. Całość daje efekt bardzo przyjemny dla oka.

niedziela, 15 lutego 2015

Co sprawia, że kocham pewne miasta? Rozczarowujący Wrocław

Po wizycie we Wrocławiu, z którym niestety się nie polubiliśmy, zaczęłam zastanawiać się co sprawia, że jakieś miasto ( nawet to w ogólnej ocenie nie najpiękniejsze) potrafi zawładnąć moim umysłem na długie miesiące, a nawet lata. Działa to również w druga stronę, piękne miasto - nie pozostawia, po sobie żadnych odczuć, nie zachwyca, nie rozkochuje w sobie, mimo, iż miliony turystów wracają z niego zachwycone.







Czynniki utrudniające - zachwyt nad miastem.
Istnieje kilka czynników, bezapelacyjnie, jeśli zaburzymy swoją piramidę Maslowa ( będzie nam zimno, będziemy, niewyspani, głodni, zestresowani) ciężko w takich sytuacjach skupić się na zwiedzaniu. Wspomniany naukowiec, udowodnił, że nie jest możliwym wspiąć się na poziom odczuwania estetyki, gdy nie zaspokoiliśmy swoich najprostszych potrzeb ( chociaż na norweskich fiordach nic mi nie przeszkadzało, by umierać z zachwytu!). Jeśli towarzystwo nie dopisuje i atmosfera w grupie, wpływa na nas negatywnie, również ciężko, jest docenić odwiedzane miejsce, uważam jednak, że nie jest to nie możliwe. Sama chciałam ugryź jeszcze innej kwestii, którą nazwę pretensjonalnie - duszą danego miejsca.

Gdy chodzi o odbiór odwiedzanych miejsc, nie jestem obiektywna. Działam pod wpływem emocji i osobistych odczuć. Potrafię oczywiście obiektywnie przyznać, że miasto może się podobać, że spełnia, kryteria miasta turystycznego, które zaspokoi podstawowe potrzeby turysty. Jako historyk potrafię opowiedzieć jego historię, a przynajmniej naprędce zbudować jakiś historyczny szkic. Gdy mnie zmusisz opowiem o przemianach architektonicznych i niekłamanych walorach artystycznych tego miejsca.

Niemniej jednak, jestem nie czuła na takie zagrania, żeby mnie w sobie rozkochać, nie trzeba pięknych symetrycznych uliczek, złożonych z średniowiecznych kamieniczek, o kolorowych fasadach. Zabytkowych kościołów, pamiętających czasy odrodzenia, ani wspaniałych zamków.  Nie jest to argument przemawiający przeciw miastu jako takiemu, nie jest jednak warunkiem koniecznym. Szukam autentyczności, alternatywy, nie oczywistego piękna..

Co więc zatem? Miasto musi mieć dusze. To coś co czuć, w każdym jego zakamarku, jakiś nienamacalny fluid, który czuje się w powietrzu, który sprawia, że chce się gdzieś wracać - nawet jeśli nie jest najpiękniej.  Za słodki estoński Tallinn nie podbił mojego serca, monumentalny Petersburg również -  a Helsinki zawładnęły moją wyobraźnia bez reszty. Dlaczego Lwów jest jednym z tych miast, które darzę szczególną estymą, a Warszawa od lat była tym miejscem, o którym nie mogłam przestać myśleć?  Co Katowice mają w sobie takiego, że bliższe mi są niż Kraków, z swą bajeczną galicyjską historią? To ten magiczny fluid!

Kraków z swoim tradycjonalizmem, starówką i historią przeciska nas do ziemi i nie pozwala oddychać, nie pozostawia miejsca na własne dopowiedzenia. Nie mogę sobie wyobrazić, bym mogła tam zamieszkać, Od razu czuje pętlę zaciskająca się na szyi! To samo poczułam we Wrocławiu.

Wrocław

Być może jestem zbyt surowa, miasto znane w całym kraju, jako to najpiękniejsze, poniemieckie z przepiękną starówką i klimatycznymi uliczkami  - okazało się mdłe. Pierwszy raz byłam we Wrocławiu jakieś 14 lat temu. Szybki obchód Panorama Racławicka, Rynek ogród botaniczny i sajonara. Co więc się stało? Czułam w powietrzu coś odpychającego. Przyznam szczerze, że nie wiele rzeczy przykuło moją uwagę. Najbardziej spodobały mi się knajpki, pod mostem, takie swojskie, trochę jak w Wiedniu, Londynie czy Powiślu. Może brak osoby, która pokazała by mi inne oblicze tego miasta? Bardziej alternatywne, z dala od kolorowych kamieniczek, które już dawno przestały mnie interesować? Pomijam fakt, że Wrocław nie okazał się dla mnie zbyt gościnny, pierwszym widokiem, jaki zobaczyłam wysiadając z Polskiego Busa przed północą, był lezący na ziemi czołgający się gołodupiec - wykrzykujący coś w języku elfów, którego przeraźliwy głos wychodził jakby z trzewi!  Nie jestem bojaźliwa kobietą, niemniej jednak nie jest to przyjemny widok i świadczy o złym monitoringu przestrzeni publicznej. Gdy wyjeżdzałam również nocną porą, przechodziłam przez przejście podziemne w samym centrum ( nienawidzę tego!) oczywiście musiałam nadziać się tam na podłego koniobijce ! Sytuacje te opowiadam, bardziej humorystycznie, nie miały one wielkiego wpływu na mój odbiór miasta, niemniej jednak nie są one przyjemne.

Postanowiłam jednak, że dam miastu szansę i odwiedzę je z przyjaciółmi letnia pora, być może w towarzystwie kogoś, kto zna je na wylot i odczaruje jego mdły obraz. Dziś zapamiętałam je jako - skrzyżowanie Drezno-Mysłowic, z krzywda dla pierwszego miasta i awansem dla drugiego. Drezno- to moje wielkie rozczarowanie, nieudana podroż literacka, jednocześnie niezaprzeczalnie słodkie, piękne niemieckie miasto bez polotu, Mysłowice natomiast to więcej niż brzydkie i zaniedbane miejsce na Śląsku, które odpycha jak mało które.