piątek, 14 lutego 2014

Plany i retrospekcje



Dziękuje:*
Dziękuję! Jestem zaskoczona Waszym odzewem na mojego ostatniego posta, szczerze powiedziawszy, nie sądziłam, że aż tyle osób tu zagląda. Oprócz komentarzy na blogu i na facebooku, dostałam od Was masę prywatnych wiadomości! Dziękuję za wsparcie, ciepłe słowa i Wasze historie z emigracji, to cudownie mieć takich czytelników! Żeby nie przedłużać, chciałam Wam tylko powiedzieć, że jest mi już lepiej i na razie żadnych powrotów na dłużej do Polski nie planuje. Dzisiejszy post będzie właśnie o tym, czego możecie się przez najbliższe pół roku na tym blogu spodziewać, czyli o moich planach od tej chwili aż po koniec sierpnia.

Podsumowań na razie nie będzie
Ponieważ przemilczałam kwestie noworocznych podsumowań i planów, teraz chciałabym zapoznać Was z moją ponad półroczną wizją przyszłości. Podsumowań, żadnych na razie nie czynie, przede wszystkim dlatego, że mój rok jeszcze się nie skończył. Rozpoczęłam go 31 marca i taką też datę przyjmuje za początek nowego życia na własnych zasadach. Wówczas na pewno zorganizuje podsumowanie tych szalonych 12 miesięcy.

Plany
Jak pisałam w niedziele, staram się ostatnimi czasy nie tworzyć wizualizacji całej reszty swojego życia. Sparzona roztropnie planuje najbliższe miesiące, nie przywiązując się jednak zbyt silnie do tych wizji, żeby rozczarowanie jeśli coś pójdzie nie tak, nie było zbyt silne.


Moje europejskie plany na najbliższe miesiące
Mam wiele planów na najbliższe miesiące, w lutym razem z Karolą jedziemy do Cardiffu, poznawać uroki zielonej Walii. Marzec rozpoczynam lotem do Polski, na który czekam z największym utęsknieniem. W połowie marca wyruszam z Oskarem ( którego możecie znać z moich postów z Walencji) na 10 dniową wyprawę po Hiszpanii,  pragnę zobaczyć na własne oczy świętowane w Walencji Fallas, którego nie udało mi się zobaczyć podczas zeszłorocznej podróży oraz przede wszystkim Barcelonę, o której marze i śnie od pięciu lat. Jeśli wszystkie plany dopiszą, to nie wykluczone, że uda nam się również zajrzeć do maleńkiej Andory i katalońskiego domu Salwadora Dalii w Cadaques i Figures. Pierwsze dni w Barcelonie spędzę sama, szukam więc noclegu, jeśli ktoś z czytelników, mógłby mnie przenocować było by miło, jeśli nie będę szukać przez Couchsurff. W ostatnim tygodniu marca razem z Karolą zobaczymy na żywo - ostatni w tej europejskiej trasie koncertow koncert mojego ukochanego One Republic z ich albumem Native! W  kwietniu razem z Oskarem, który zawita do mojego Londynu, oprócz rozlicznych Angielskich podbojów, planujemy weekendowy wypad do Paryża, by skorzystać z wszystkich zniżek ( a właściwie wolnych wstępów), które nam przysługując przed ukończeniem 25 roku życia, było by idiotyzmem nie skorzystać z takiej okazji. Święta planuje spędzić tutaj, jeśli to tylko możliwe pracowicie. W maju natomiast mam nadzieje, gościć tu moich Rodzicieli i razem z nimi udać się megabusem do belgijskiego Namure, by odwiedzić miejsca, które mój Tatek darzy sentymentem, w  których pracował, gdy byłam malutka. Jeśli szczęście dopisze, zahaczymy również o Luksemburg, do którego stamtąd jedynie godzinka drogi. Maj to również czas, gdy obchodzę swoje urodziny, chciałabym więc zjechać na kilka dni do Polski i oprócz świętowania,  załatwić niedająca mi spokojnie spać sprawę wizy ( ale o tym za moment). W czerwcu będę tu gościć moich najmilszych Martuche i Jarka, z którymi na 5 dni ruszamy dziesięcio-osobową ekipą na  Islandię. Wracamy przez Edynburg ( nie sądziłam, że jeszcze tam wrócę) skąd przetransportuje się z powrotem do Londynu. Skąd na początku lipca ruszę do Polski, po to tylko by ( mam nadzieje) - odlecieć 7 lipca do Stanów i przeżyć przygodę swojego życia na trasie swoich marzeń..


American Dream
Wszystkie bilety lotnicze mam już kupione. Ten islandzkie nawet już od pól roku! Jednak najbardziej nurtująca mnie sprawą jest wyprawa do Ameryki, która z przyjaciółmi ( Marta i Jarkiem) nazwaliśmy American Dream. Podróż ta ma obejmować wstępny rekonesans tego kontynentu, który dla nas wszystkich jest zupełnie nowy, nieznany i absolutnie wymarzony! Planujemy wypożyczyć samochód i przejechać Stany wszerz, mając na to dokładnie miesiąc i 4 dni.O samej trasie napisze jeszcze osobno, bowiem jest to długi temat. Najważniejsze, że obejmuje ona miasta marzeń: Nowy Jork, Waszyngton, Los Angeles, Las Vegas i San Francisco, zakładamy również przejazd przez fragment Kanady, biorąc pod uwagę Toronto, Montreal i Ottawę. Ciągle nie wierze, że to mogłaby być prawda. jestem od trzech tygodni szczęśliwą posiadaczką amerykańskiego biletu, ale jeszcze ciągle bez wizy.. Stąd przyznam szczerze, boje się cieszyć, boje się, że urząd wizowy zadecyduje - Nie Pani nie leci! Nie chce się nastawiać. Jestem jednak dobrej myśli. Trzymajcie kciuki, na pewno napiszę szczegółowo jak wygląda procedura uzyskiwania wizy turystycznej w Polsce.  Wylot do stanów mamy z Warszawy, z pół dziennym pobytem w Mediolanie ( o tak! moje wymarzone Duomo St. Maria Nascente di Milano ! Czyli najpiękniejszą katedra gotycka na świecie oraz całodziennym powrotem przez Rzym, z którego już ciesze się jak małe dziecko. Rzymu nigdy za wiele. Ciągle jeszcze uważam, że jest to najpiękniejsze miasto jakie przyszło mi w życiu zobaczyć. Śmiało może konkurować z Paryżem. A co potem?

A co z Londynem?
Oj nie! Nie zapomniałam o nim! Książka, którą możecie zobaczyć na zdjęciu: "W 80 dni dookoła świata nie wyjeżdżając z Londynu", zainspirowała mnie do kolejnych podróżny po ukochanym mieście. (poświecę tej pozycji osobny post, jest warta miliona słów!). Jest jeszcze wiele miejsc, które chciałabym tu odwiedzić i dań, których muszę spróbować. Pierwsze na liście są: stek z kangura w prawdziwej australijskiej knajpie oraz indżerta ( etiopskie danie), w prawdziwej afrykańskiej restauracji - a wszystko oczywiście tu, w najbardziej zróżnicowanym mieście Europy. Wizyty gości oraz spotkania z moimi Londyńskimi Kobietkami, służą kolejnym wyprawą w celu eksploracji miasta. Drugą połowę sierpnia planuje spędzić w Anglii, gdzie jeśli wszystko szczęśliwie się ułoży, odwiedzą mnie kolejni znajomi: Ola i Grzegorz, z którymi mam zamiar przemierzać literacko Londyn wzdłuż i wszerz.

Czytelnicze Plany na luty, marzec i kwiecień
Podtytuł bloga nie jest przypadkowy. Mam w zwyczaju długo przygotowywać się do podróży. Czytam historię danego miejsca. Szczegółowo ( często kilkakrotnie) czytam przewodnik, zaznaczam, koloruje, zaklejam karteczkami, wybieram to co najistotniejsze, ale przede wszystkim (jeśli wiem o podroży wystarczająco wczesne) wybieram sobie kilka lektur, tak by za sprawą ich fabuły poczuć dane miejsce wszystkimi zmysłami jeszcze za nim moja stopa tam stanie. Kończy się to czasem, prawdziwym obłędem, często bowiem, zabytki, dla których pierwotnie planowałam odwiedzić dane miejsce, tracą swój blask w obliczu postaci, z która "zaprzyjaźniłam się" poprzez karty jej powieści, biografii bądź dziennika i która przede wszystkim pragnę "odwiedzić" w danym miejscu.

Literackim tropem po Barcelonie i Paryżu
Barcelona śni mi się po nocach nie bez powodu, przeczytany dokładnie sześć lat temu "Cień wiatru" raz na zawsze przywiązał mnie do tych krętych uliczek, za którymi wzdycham i tęsknie mimo iż nigdy, za wyjątkiem literackich wędrówek, nie miałam okazji nimi spacerować. Czytam więc obecnie, raz jeszcze Cień Wiatru, Grę Anioła i po raz pierwszy Więźnia nieba, by raz jeszcze mentalnie przygotować się do podróżny. Co myślę o samym Zafonie? Jego języku, zawiązaniu fabuły i budowaniu napięcia? Opowiem w osobnym poście. Oprócz Zafona, Barcelona mówi do mnie ekscentrycznym językiem Salvadora Dalii, którego Dziennik Geniusza Myśli i anegdoty oraz Moje Sekretne życie własnie czytam powtórnie. Jednak najważniejszą dla mnie postacią w tym mieście, dla którego straciłam głowę - jest Gaudi. Kto czyta mnie od dawna, wie, że wszędzie gdzie jadę poszukuje secesji i moderny. Jestem absolutnie nieobiektywna i nieludzka w ocenie miast pozbawionych zabytków z tego okresu. Barcelona przesycona secesją przyciąga jak magnez. Od kilku tygodni wertuje więc w wolnych chwilach biografie Gaudiego i rożne opracowania z historii sztuki, by raz jeszcze zagłębić się w ten bajeczny świat zawczasu, tak by na miejscu nic nie miało prawa mi umknąć.

A co z Paryżem?. Kolejna wizyta w mieście zakochanych, ma być bardziej pielgrzymką niż podróżą, chce kontemplować i analizować XIX i XX wieczną sztukę. Jednocześnie jednak marze o tym, by szczegółowo przyjrzeć się raz jeszcze średniowiecznym katedrą gotyckim, w tym celu wertuje na nowo moje podręczniki z historii sztuki, a Estraichera i jego "Historię sztuki w zarysie." czytam do poduszki.  Przede wszystkim jednak, planuje odwiedzić Marcela Prousta, stałam się bowiem szczęśliwą posiadaczką siedmio-towego dzieła artysty i razem z nim wybieram się w podróż "w poszukiwaniu straconego czasu". Jeszcze jeden mężczyzna towarzyszy mi ostatnio, niejaki Viktor Hugo, którego Nędznicy i Katedra Marii Panny w Paryżu, są kolejni w kolejce. Na deser, mały banał, do którego żywię jednak sentyment z czasów nastolectwa - Wiliam Wharton i jego powieści, których akcja dzieje się w Paryzu, postanowiłam odnaleźć miejsce,  gdzie zacumowana jest jego Barka, gdzie malował i tworzył.

XIX wiek, belle epoque to moje czasy, czasy sztuki, którą cenie najbardziej, którą rozumie i która mnie wzrusza, mam w planie więc skupić się na impresjonistach, ekspresjonistach i przede wszystkim moim najukochańszym malarzu ( nie, nie mówi teraz o Klimcie), którego od przeszło dziesięciu lat na potrzeby moich domowników i bliskich nazywam "małym Henryczkiem", czyli Henrego Toulouse Loutreca. Człowieka, który od 10 lat niezmiernie inspiruje mnie swoją postawą, siłą woli, ale i również oryginalną kreską i kompozycją.

O czytelniczych planach na Islandię i do Stanów opowiem w osobnym poście, gdy przyjdzie na to pora. Mogę zdradzić jednak, że lista literackich i przewodnikowych pozycji jest już pokaźna:)



A co na Blogu? czyli retrospekcje

Najbliższe miesiące to przede wszystkim czas, kiedy chciałabym nadrobić braki. Od jutra zapraszam Was na codzienną relacje z świątecznego Eurotripu, zaczynając od Brukseli, przez Paryż do Amsterdamu, później zaproszę Was na wyborną wiedeńską kawę, w między czasie będę relacjonować co dzieje się na bieżąco. Luty jednak to czas siedzenia na tyłku, czytania, pisania i nadrabiania zaległości ( za wyjątkiem wypadu do Cardiffu). Oprócz tego nadszedł czas by opowiedzieć o trzytygodniowej przeprawie przez kraje nadbałtyckie i Petersburg, oraz następnie o mojej przygodzie i absolutnie przypadkowym załapaniu się na wyprawę na Nordkkap. Mam nadzieje, uda mi się opisać te wyprawy do końca marca.  Będą to posty - z kategorii retrospekcja, które po miesiącu ( jak się już z  nimi na spokojnie zapoznacie) trafią do właściwych sobie przedziałów czasowych, które będziecie mogli odnaleźć w archiwum, ale i w zakładce (retrospekcje), którą własnie dodałam do bloga. Mam nadziej, pozwoli Wam to z łatwością odszukać konkretne miejsca.

Koniec tej paplaniny, życzę Wam wszystkim udanych Walentynek, dużo miłości, cudownych przyjaźni i ciepła ! Całuje:*



9 komentarzy:

  1. Jednym słowem WOW!
    Weźcie tylko pod uwagę ze autem wypożyczonym w USA nie można opuszczać kraju...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje Ci bardzo za ta informacje, nie braliśmy tego pod uwagę, że może być problem z wyjazdem samochodem wypożyczonym w stanach do Kanady, teraz musimy przeanalizowac to jeszcze raz i rozejrzec się za wypożyczalnią, która daje taka możliwość. Ewentualnie znaleźć jakąś alternatywę, nie wyobrażam sobie jednak być tak blisko i nie zobaczyc Montrealu:( !

      Usuń
    2. Nie będę oryginalna, powiem WOW... Trzymam kciuki za realizację i będę śledzić relacje z zapartym tchem! :)

      Usuń
  2. O kurczę, ale się będzie działo! Odwiedzisz wiele pięknych miejscych, do niektórych powrócisz z radością, przeżyjesz sto milionów niezapomnianych chwil...A jeśli chodzi o Whartona, to w czasach kiedy czytałam Jego książki to moim największym marzeniem było zamieszkać na barce :) PS. A o wizę się nie martw, moim zdaniem z radością Ci ją dadzą, czego oczywiście Ci życzę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jessi, pomyśl jeszcze o dopisaniu Oslo, dawnej Christianii Knuta Hamsuna, leżącego nad pięknym Oslofjordem z obrazami Muncha w muzeum w centrum miasta i wikińskimi artefaktami w innym na samym wybrzeżu. Przyjedź, a będzie to dla mnie radość, że mogę Cię gościć. Łączę serdeczności -- GB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku Grzegorzu! Dziękuje! Teraz naprawdę, poważnie to analizuje:):* Vigeland i Munch to nie lada rarytas!

      Usuń
    2. Niektóre rzeźby Vigelanda, które widziałem w tym parku kilka tygodni temu, nie zachwycają ale wstrząsają.

      Usuń
  4. Oczywiście, że braliśmy to pod uwagę. A nawet to w obrębie jakich stanów bedziemy mogli się takim autem poruszać.
    Znaleźliśmy kilka wypożyczalni, które na to pozwalają.
    Montreal jest daleko.
    Chyba jesteś zapisana na inną wycieczkę :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy blog. Ja dopiero raczkuję, ale polecam: http://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń